Ukraina 2019 – Pikuj. Część 3 .. ostatnia…

Rano budzi mnie dźwięk 2 suwowego silnika. Wiem którędy jedzie. Szczytami jak my. Przez las ,w którym było bagno po pagony – my przejechaliśmy miedzy drzewami, na żyletki.
Stawaliśmy tam sto razy. Szukanie przejazdu. Obmyślanie optymalnej trasy. On ..hmm..słyszę ,że non stop jedzie… Najpierw typowy dla 2 suwa dźwięk na odpuszczonym gazie.. dynn dynnn DYNDYDNNNN… Zjeżdża z górki.
Wjechał do lasu. Ognia – pomyślałem… A on nie, na spokojnie … cyk… dwójeczka.. Pyrka jakimś ukraińskim 2 suwowym wynalazkiem… Masakra. Nie chciało mi się wyłazić z hamaka, aby sprawdzić co to było , Szary tylko mruknął – bankowo Iż. Za moment dobiega do nas odgłos jakiegoś sporego ,starego silnika diesla. Pyr pyr pyr.. Cos dużego. Jakiś DZIK! Może amfibia? Czołg?
Słychać głosy ludzi w oddali. Wyłaniamy się z hamaków z ciekawości – CO TO JEST i JAK PRZEJECHALO PRZEZ LAS..
Czekamy…i oczom nie wierzymy. Zza zielonych choinek wyłania się leciwy ukraiński traktor, ciągnący drewnianą przyczepę pełną ludzi!! Jedzie połoniną w kierunku szczytu… ale jak? Po co? Tam nie ma już żadnej drogi w dół – i na mapie i poza nią.
On musi jechać na szczyt! Turyści? Nie mamy pojęcia. Jak on tam wjechał?… jak zjedzie?… i jak zawróci? Zbyt wiele pytań….
Szybkie śniadanko ( okazuje się, że pasztet -pomimo ukraińskich napisów cyrylicą na puszce – pochodzi z .. Polski.. brak słow… A Pani polecała…) i dumamy co dalej.
Pogoda jest idealna. W końcu świeci słońce. Chmury i mgła zniknęły. Widoki zrobiły się bajeczne. Pikuj ,który wczoraj tonął w chmurach ,dziś jest doskonale widoczny – patrz foto poniżej. Szczyt widać idealnie nad moją łysiną 🙂

ZDJECIE 360 – SPANIE POD PIKUJEM

Mieliśmy zjechać na bodajże zachodnią część połoniny zjazdem , który minęliśmy wczoraj, parę kilometrów wcześniej. Czyli dziś musimy wrócić na połoninę, pokonać kilka absurdalnych podjazdów , którymi wczoraj zjeżdżaliśmy. Na oko pół dnia drogi. Jak nie lepiej. No i w planie była połonina Borzawa.
Sporym problemem zaczęło robić się paliwo. Na stronie zachodniej połoniny stacji brak. Na wschodniej – cos jest. Szary zaczyna szukać drogi na której stoimy i która to ewidentnie prowadzi na wschodnią część. Okazuje się jednak , że ta droga…

…nie istnieje!! Na żadnej mapie!
Jakieś ślady nią prowadza, tak jak wspominałem wcześniej – ktoś tędy podobno wjeżdżał. Na lekkim sprzęcie bez bagażu – to oczywiste. Idę na spacer w dół , aby sprawdzić czy nie kończy się przepaścią – no nie. Koleiny jak rowy czołgowe , ale no droga jest.

DECYZJA – JEDZIEMY.

Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów na drogę wylewa się strumień. Na mapie opisany jako Rakivtsi River. Jako że zapas wody skończył się rano, Szary przeprowadza degustację wody ze strumienia. Pamiętam, że z wody sklepowej – butelkowej – nie byliśmy zadowoleni.
Smakowała jak jakaś woda z uzdrowiska. Mocno zmineralizowana. Po zaczerpnięciu wody w butelkę i wzięciu łyka degustacyjnego… nie przestał pić. Wypił na raz pół butli.

ZDJECIE 360 – ZRÓDŁO WODY POD PIKUJEM

Woda była rewelacyjna. Nabraliśmy jej we wszystko co mieliśmy i .. w drogę.
Teraz jechaliśmy ( a raczej staczaliśmy się ) w dół korytem strumienia. O kamieniach i tym jak były śliskie mówić chyba nie trzeba. Było stromo, ślisko. Duża część zjazdu pokonana została na wyłączonych silnikach.

W pewnym momencie strumień gdzieś zniknął, kamienie również – a jak nie ma kamieni to musza być koleiny i ukraińska plastelina.
Błotnista glina zaklejająca wszystko. Mając juz jakieś tam doświadczenie z tego typu przeszkodami, badamy dno większości kałuż. Często wizualnie płytsza okazuje się pułapką niemalże bez dna.

Żółwim tempem mijamy parę turystów idących pod górę. Tempo wejścia maja szybsze niż my zjazdu.
Wyjeżdżamy z lasu i… oczom nie wierzymy. Przy drodze która jedziemy stoi ..Łada!! Zapewne tych dwoje ją tu zostawiło i poszli na Pikuja.

Czyli jest łada to droga będzie juz w miarę normalna – pomyślałem.
Jakież było moje zdziwienie jak.. no nie! Droga nadal przypominała czołgowisko. Minęliśmy jeszcze 3 brody , zanim dotarliśmy do w miarę utwardzonej drogi.

Jak ta łada tam dotarła? Nie wiem… Terenowym autem mocno bym się zastanawiał nad wjazdem w miejsce, w którym ona parkowała. Szok. Miała nawet alarm 😀 Szary jak mocniej zakręcił manetą to Łada zaczynała piszczeć 😀
Dotarliśmy tą drogą do Husne Nizne. W pierwszym sklepie postój – przerwa na kwasa.
Pod sklepem 3 starszych jegomości. Zagadują cos , ale nic nie rozumiemy. Z młodymi jakoś idzie się dogadać ale z nimi? Nic.
Po chwili zrozumieliśmy ,że oni mnie opierdzielają , że źle siedzę przy stole! Siedziałem na ławce bokiem , a miałem usiąść normalnie – przodem do stołu.

Nie tak łatwo to wykonać, jeśli stół i ławka są blisko siebie, a ty siedzisz w butach sztywnych jak z betonu. Ok. Usiadłem jak chcieli. Jeden przyszedł do nas zagadać. Niestety – no ni w ząb.

ZDJECIE 360 – SKLEP W HUSNE NIZNE

Szary wytycza drogę na stacje – nawet nie pytam jak. Wiem doskonale jaka to będzie droga.
O dziwo lecimy ładnym szutrem. Oglądamy , jak skromnie i biednie mieszka sie na wsiach na Zakarpaciu. Niektore domy wyglądają tak jak na zdjęciu poniżej. Szok. Czesto drzwi są otwarte i widać,że w środku nie jest wcale lepiej. Wygląda to jak stodoła…

Szuter .. szuter.. Nuda troche…

….jakbym wykrakał. Cyk pyk i juz jedziemy rowami czołgowymi miedzy krzakami. Nic nie widać. Krzaki chcą mi wyrwać kamerę z kasku.
W pewnym momencie ,w tej dziczy zauważamy jakieś samochody! Dobrze, że to nie były łady bo bym .. wstał i trzasnął drzwiami 😀
To była nasza ,polska ekipa – terenówkami. Mieli jakąś niewielka awarię i chwilowy postój, ale juz ruszali.

Minęliśmy ich i.. zaraz za zakrętem zaliczyłem pięknego paciaka w błoto.
Opona kompletnie zaklejona. Wygrzebałem się spod moto. Jeden z terenowców zauważył, że leże. Podszedł, pomógł podnieść motocykl.

Szary zauważył, że lezę, jednak tym razem jak przyszedł wyjątkowo stałem już na obu kołach. Krótka wymiana słów i…. zaliczam kolejnego paciaka, tym razem na prawą stronę. Zmęczenie dawało o sobie znać. Tym razem wpadłem idealnie w melasę.
Po podniesieniu sprzęta zauważam, że mam pęknięty gmol. To nie mogło się stać teraz – miękka melasa gmoli nie uszkadza. Pewnie gdzieś na skałach, na Pikuju.. Trudno. Rany wojenne muszą być. Pospawa się.
Ruszyliśmy kawałek drogą , ale rowy i bajora były tak duże, że zdecydowaliśmy się jechać brzegiem drogi – wysokim nasypem.
Terenówki nas minęły – czekamy i podziwiamy jak oponami mielą ukraińską plastelinę. i pogłębiają już i tak głębokie rowy. Ruszamy za nimi.. Wyprzedzają nas mocno. Doganiamy ich dopiero przy wyjeździe na asfalt i… motocykl Szarego zaczyna przerywać. Paliwo. A raczej jego brak.
Stacja za 2km. To nie problem – ja jestem tankowcem. Zawsze mam coś aby się podzielić , ale to zawsze dodatkowa robota. Gonię terenówki – pytam , czy przypadkiem któraś z nich nie jest benzynowa.. JEST. JEDNA 🙂 I ma zapas.
Szybka akcja. Butelka, przelewanie z kanistra. Podziękowania. Jedziemy na stacje.

Na stacji jak zwykle – narada – co robimy. Miała być Borzawa, ale jest juz tak późna godzina ,że nie ma na to szans. Decydujemy się przejechać na szybko do Zdenjewa, czyli przebić sie na zachodnią część połoniny Pikuja. Tam zrobić zakupy, i zdecydować co dalej.
W Zdenjewie sklep – chleb, horiłka i kwas. Horiłka w bardzo ładnej butelce – Perepelka. Pytamy o tuszonkę – nie ma. Są inne konserwy.

ZDJECIE 360 – SKLEP ZDENIJEWO

Jest SWINIA i KURKA.
Co wybieramy?
No SWINIA.
Pani na to – ale ona z KASZO.
No ok. Niech będzie.
SWINIA Z KASZO.

Szary po rezygnacji z Borzawy ,bardzo chciał się wbić chociaż na poloninę Rowna. Na Ostra Hore. Szlak znaleziony. Tyle ze tym szlakiem podobno się zjeżdża a nie podjeżdża. Oczywiście nie ciężkimi motocyklami a lekkimi crossami.
Co tam. próbujemy.. ( na zdjeciu widac wjazd na ten.. szlak.. )

WJAZD NA KOZIA SCIEZKE

Niestety – szlak okazuje się kozią ścieżka. Bez szans. Zawracamy. Odpuszczamy Ostrą.
Robi się późno. To nasz ostatni dzień na Ukrainie – jutro mamy wracać. Nie ma co. Decydujemy się na jazdę teoretycznie łatwą trasą dla ciężkich motocykli z „ukraińskiej integracji” . Gdzie nas noc zastanie. tam się prześpimy.
Droga długo prowadzi szutrem i częsciowo pozostałościami po asfalcie.

Trochę nudnawo, ale juz nie chcę krakać. Kilka razy juz wykrakałem. No i … cyk. Szary zatrzymuje sie i pokazuje na lewo.

O tam!
TAM!??
Tak TAM..
TAM AFRYKI WJEZDZAJA!??
Tak tam. To trasa z integracji. Wszystkie ciężkie motocykle tedy jeżdżą. –
OKEJ….

Podjazd szerokości motocykla. Dość stromy ,ale nie ma dramatu. Jedziemy. Nagle droga niknie w gęstym lesie, którego drzewa formują się w pionową ścianę. Wjazd w tą gęstwinę ma szerokość może 1 metra. Widzę już po drzewach ,że będzie ściana płaczu.
Stawiam moto.. pytam setny raz
– TEDY AFRYKI PRZEJEZDZAJA?? Szary juz mocno poirytowany setną odpowiedzią
– TAK TEDY.
Ok, to zapraszam – i patrzę, co tez takiego on wymyśli. Stroma ściana , kamerdolce. Typówka. Jednak ta była zbyt stroma. Może jakby miała kilkanaście metrów i koniec , to jakoś we dwóch byśmy wciągnęli motocykle na górę. Mamy przecież liny, bloczki alpinistyczne – mamy WSIO.
Sprawdzam pieszo… no nie. Nie ma szans. Nie podjedziemy tu. Schodzić musiałem bokiem, na wprost się nie dało – takie nachylenie.
Szary oczywiście nie byłby sobą jakby nie zaatakował tej ściany. Poległ. Wycofywaliśmy go tak jak na pierwszym podjeździe. Tylem. Asekuracja. Po centymetrze.

Kolejny raz pytam o Afryki… Irytacja Szarego narasta… Odpowiedz jest jednak ta sama.

-TAK. TU PODJEŻDZAJĄ

Padają moje deklaracje ,których przytoczyć nie mogę – czyli co zrobię ,jak mi ktoś pokaże ,jak podjeżdża tam XRV 750 Africa Twin 😀 😀
Może jesteśmy za bardzo zmęczeni? ale …. jak? Skoro ściana taka ,że motocykl przy próbie ruszenia podnosi przednie koło w gore. Może tak samo ,jak ładą pod Pikuja?
Cofamy się do asfaltu. Poddajemy się.

Jedziemy utwardzoną droga do Użoka ( czyli tam gdzie spaliśmy 1 dnia ) , przejeżdżamy trzeci raz przez kontrole przygraniczną…..

( do tego zjęcia należy się mały komentarz – mianowicie na zdjeciu widzimy konia ciągnącego wóz pełen siana – a za nim jest przyczepione CAŁE DRZEWO które ów wóz ciągnie na lince. Po drodze alfaltowej miedzy miastami…. Ukraina.. To stan umysłu..)

…….i gdzieś tam odbijamy na trasę DLA AFRYK!!! ( o zgrozo ) prowadzącą już w stronę Polski.
Trasa na Afryk. ZOBACZYMY…
Tym razem faktycznie jest ok. Trasa wiedzie lasem , co jakiś czas spore koleiny osłonięte gęstą wysoką trawą ,tak , że nie widać czy jest tam błotnista maź czy nie. Była. Zawsze była. Znowu procedura – sprawdzanie głębokości poszczególnych rowów ,i wybór tego, z którego będzie najłatwiej wyłowić motocykl w razie ugrzęźnięcia.

Po którymś z kolei wydobywaniu moto z melasy stwierdzamy jednoznacznie – SKLEP. I KWAS! Koniecznie. Natychmiast! Zapas wody juz dawno się wyczerpał.
Wieś niby widać w oddali , ale aby do niej zjechać , należy najpierw wjechać na szczyt niewielkiego wzniesienia. Kluczymy po zielonej połoninie.. raz w prawo.. raz w lewo. Kilka razy zawracamy bo droga okazuje się prowadzić do nikąd.
W pewnym momencie natrafiamy na podjazd który mnie złamał. Kompletnie. Mnie i moje sprzęgło. Pewnie gdybyśmy trafili na niego pierwszego dnia, po prostu podjechałbym i tyle. Teraz zmęczenie było juz zbyt duże.
Las . Wąsko. Ogromne koleiny z prawej i lewej – w które nie można wjechać. Absolutnie. Są sporo głębsze, niż polowa przedniego koła. Pomiędzy koleinami droga ma taka szerokość ,że nie da się stać motocyklem i trzymać obu nóg na ziemi. Niemożliwe. Jedna musiała by być w koleinie. Czyli ewentualne podparcie tylko z jednej strony.
Szary wystartował. Dojechał do mniej więcej polowy. Mnie juz na samym dole zatrzymał niewielki kamień lezący na środku. Przy próbie podjazdu pod niego brakowało mi podparcia juz pod obiema nogami.
Tak, tak. Znam zasadę – „ dwója i gazu od ch…”  ale nie tym razem. Nie przy takim zmęczeniu.
Robie sobie przerwę. Czekam na Szarego. Może jakoś będzie asekurował….. – chociaż widzę, ze nie ma tu za bardzo JAK asekurować…
Słyszę, jak krzyczy z góry
– TEE!! TAM NA DOLE TO DOPIERO POCZĄTEK!! TU WYŻEJ TO DOPIERO JEST JAZDA…
Zrezygnowany czekam, aż zejdzie z góry do mnie. Nie wiem po co. Nic nie pomoże. Musze tu sam wjechać.
Powoli.. na półsprzęgle ( co było błędem… ) , z licznymi postojami… gramolę się górę. Tempo ślimacze , ale lepiej ślimacze, niż wywrotka w tą koleinę.
Jakoś tuż przed samym końcem podjazdu czuję, że coś jest nie tak ze sprzęgłem. Zaczęło łapać od samego dołu – a cały czas łapało od góry. Biała nagle gaśnie. Nie mogę odpalić. Nie mogę wbić luzu.
Spaliłem sprzęgło … Skleiło się na amen. Dumamy co teraz. Nieco niekomfortowe miejsce na awarię sprzęgła. Czekamy, aż moto nieco ostygnie. Podkręcam nieco linkę sprzęgła. Działa! Mogę wysprzęglić!
Odpalam.. Dojeżdżam dosłownie kilka metrów na szczyt wzniesienia.
Podjeżdżamy kawałek na niewielką polanę. Nagle z lasu wyłania się pan 🙂 pan grzybiarz. Pyta gdzie , co , jak, ile pojedzie, ile kosztuje – typowe pytania. Krótka pogawędka i lecimy dalej. Czas goni no i kwas we wsi czeka..
Droga od tej pory wiodła juz tylko w dół. Widać juz łąki, pasące się konie, krowy.
Zjeżdżamy koleinami do wioski pod sklep.. a raczej budkę ze wszystkim. Była tak mała ze 3 osoby wewnątrz to był max. Wchodzę tylko aby zrobić fotkę, i czekam na szarego przy moto. Sklep był maleńki , ale zaopatrzony bogato. Była w nim nawet ( po co?? ) maska i płetwy !

ZDJECIE 360 – SKLEP ZZEWNATRZ

ZDJECIE 360 – SKLEP WEWNATRZ

Pada pytanie o piwo – dość głupie pytanie.. Jedno na pół? eee..
-WEŹ DWA!
Jak smakowało to piwo? To chyba jasne , że było NAJLEPSZE na świecie.
Robi się już naprawdę późno. Czas rozbijać obóz. Jako ze trasa wiedzie niskimi pagórkami porośniętymi lasem , nie powinno być z tym problemu. A jednak.

Las – jeśli jest – to bardzo gęsty. Nie ma mowy o rozbiciu hamaka. A jeśli już są jakieś pojedyncze drzewa , to albo są zbyt cienkie, albo jest ich za mało.
Odpowiednią miejscówkę znajdujemy dopiero po kilku kilometrach. Rzadki lasek, na ziemi niska miękka trawa. Równa i miękka niemal jak dywan. Wielu chciałoby mieć taką trawę w ogrodzie.

Jest drewno na ognisko. Idealne miejsce. Rezygnujemy nawet z tarpów – pogoda jest idealna. Bezchmurne niebo. Zakładamy ,że padać nie będzie.

Odpalamy konserwę zakupioną w Zdenjewie – SWINIA Z KASZO. Szary otwiera i krzyczy – qr.. to jest SAMA KASZA!! Rzeczywiście. Kasza w puszce.. Z jakimś minimalnym mięsnym dodatkiem. Co zrobić… Nic innego nie mamy.

Kładziemy wiec kasze na chleb, popijamy Perepelką i kwasem. Ognisko grzeje. Bezchmurne niebo… miliony gwiazd. Czas spać.
LEPIEJ NIE BĘDZIE.

Dzień 4

Rano budzi mnie jakaś muzyka.

Wychylam głowę z hamaka – idzie nastolatek, telefon w reku i muza z niego na maxa. Cos jak u nas w miastach ,tyle że on idzie po błotnistym bezdrożu w lesie. Ok. Ukraina…
Skoro juz mnie obudził, to wstaję. Jest tak gorąco, że wyciągam matę z hamaka, kładę ją na zielonym dywanie i zasypiam.

Szary podobno był mocno zdziwiony jak wstał , i nie zastał mnie w hamaku 🙂
Dokańczamy nasz chleb z kaszo i swinio. W międzyczasie mija nas koń z wozem – woźnica albo nie chce, albo nas nie zauważa.
Dzisiejszy dzień to niestety koniec naszej Ukraińskiej przygody. Jak się później okazało – był to najdłuższy dzień naszego wyjazdu.
Plan na dziś to…. dojechać do….. WARSZAWY! W linii prostej mamy do stolicy 370km. Drogami juz ponad 500km. Dodajmy do tego fakt, iż trasa do granicy wiedzie szutrami. No i mamy trzykrotnie przekraczać rzekę Dniestr. Mostów brak. Brodem.
Granica planowana –Krościenko. Czas oczekiwania według „tabelek i wykresów” to średnio 3h. A mamy godzinę 10. Sprawa wydaje się mało realna . ale – zobaczymy.
Droga wiedzie już tylko szutrami i pozostałościami po asfaltach. Czekam cały czas na ten Dniestr. Podobno możliwość przejazdu zależy od ilości wody w rzece – logiczne 🙂
Podjeżdżamy do pierwszego przejazdu. Szeroko. Nawet bardzo szeroko. Tak szerokiej rzeki nigdy wcześniej w Polsce, na motocyklu nie przekraczałem. Szersza chyba nawet od Gwdy w Pile – gdzie mieszkam. Z tak wartkim nurtem – tez nie. O kamienistym dnie nie wspominając.
Na początek sprawdzenie głębokości – jak? Normalnie. Przechodzimy pieszo przez rzekę. Wody po kolana. Pfff… Spokojnie przejedziemy ,tyle ,że z asekuracją. Dno na tyle nierówne, że jedna osoba musi iść przed motocyklem i wskazywać drogę. Będzie bezpieczniej. Nie mamy jakoś specjalnie ochoty na kąpiel. Obyło się bez komplikacji . Po chwili oba motocykle meldują się na drugim brzegu.
Drugi bród podobnie – podobna szerokość. Podobna głębokość – przecież to ten sam Dniestr tyle ze parę kilometrów dalej.
Problematyczny stał się bród trzeci. Dojeżdżamy , i okazuje się ,że po drugiej stronie rzeki nie ma drogi. Szybkie zerknięcie na mapę – no tak. Droga jest ale jakieś 50 metrów niżej.
Trzeba przejechać rzeką w dół, około 50 metrów ,aby wydostać się na drugi brzeg. Grubo. Może nie tak jak na Pikuju – ale grubo.
Ok jedziemy. procedura. Po kolei – najpierw Szary – ja idę przed nim i wskazuję, którędy jest w miarę czysty przejazd. Potem ja. Obyło się na szczęście bez kąpieli – chociaż woda w butach wyschła dopiero…hmm… u mnie to chyba dopiero w Pile.
Po wyjechaniu na asfalt zatrzymujemy sie w pierwszej miejscowości celem zrobienia zakupów do domu – można przewieźć 1 litr wódki. No to jeśli można to – TRZEBA!
Godzina robi się mocno niewygodna – stało się to już normą na tej wyprawie. Na granice docieramy około 15.30.
Przypomnę, że dziś mamy dojechać do Warszawy. Wszystko zależy od tego, jak pójdzie odprawa.
Kolejka przed pierwszym szlabanem ogromna. Kilometr? Tak na oko. Mijamy całą i jak zwykle pod szlaban. Otwiera się. Wjeżdżamy. Wybieramy kolejkę ALL PASSPORTS – wydaje się, i faktycznie jest – o wiele krótsza.
Po chwilowym postoju przyszła myśl, która nas zgubiła. A może takć wszystkie te auta i podjechać pod kolejny szlaban? W Budomierzu nie było z tym problemu. W Hrebenne tez podobno sami zapraszają. Ok.. Idę pytać kogoś ,czy nas wpuści. Aż tak zupełnie na chama wpychać się nie mam zamiaru.
Zagaduję jakiegoś ukraińca – jasne. Dawaj, dawaj!! No to DAWAJ! Biegnę, lecę. Odpalamy
i wolniutko podjeżdżamy przed jego samochód. Widzę, że natychmiast ruszył w nasza stronę ukraiński pogranicznik. Pyta, co my robimy? Mówię ze zagadaliśmy tu z Panem , i nas wpuszcza. On na to –
-ja tu rządzę a nie ten pan. Na koniec kolejki! A poza tym to nie wasza kolejka! Tam jest dla unii europejskiej ( wskazuje o wiele dłuższą kolejkę za płotem ) I tam szybciej idzie . Tam macie jechać.
Ok. Skoro tak mówi, to jedziemy. Poszczególne pasy były oddzielone płotem. Płot w pewnym momencie się kończył, ale kolejka ,w której mieliśmy stanąć, sięgała jeszcze daleeeeeko w tył. Jakiś polak zrobił nam miejsce i pyk Stoimy.
Rozmawiamy co dalej. Co z Warszawa. Ja złapałem juz polska sieć, i wysyłam zdjęcia.. a tu nagle… Idzie. On do nas idzie? pyta Szary. Patrzę…. i widzę… wzrok pogranicznika celujący we mnie.. Tak DO NAS.
Gadka identyczna. On rządzi i ,że mieliśmy jechać na SAM KONIEC kolejki. Jasna sprawa. Cofamy się pod samiutki szlaban. To potrwa. Bankowo to potrwa.
Stojąc juz grubo ponad godzinę zauważamy ,ze jak byśmy stali w tej pierwszej kolejce, to już dawno byłoby po odprawie. Pogranicznik zrobił nas w jajo. Kolejka ALL PASSPORTS nie wiedzieć czemu , idzie o wiele szybciej, i jest o wiele krótsza od tej unijnej.
Trudno. Nic nie zdziałamy. Żar leje się z nieba. Nie mamy juz wody. Nic do jedzenia. Jest.. niewygodnie.
Zauważamy, że nasze tablice są kompletnie nieczytelne. Słabo. Nie mamy nawet wody aby je wyczyścić. Zdrapujemy ukraińską plastelinę z liter – chociaż je będzie widać.
Jak się za chwile okazało , to był dobry ruch. Pierwsze co, to sprawdzenie tablic..
Granica zajęła nam tyle , ile podają tabelki – dokładnie 3 godziny. Po przeszukaniu bagażu, który był juz mocno toksyczny, wjeżdżamy do Polski. Jest godzina 18.
Stacja , tankowanie do pełna i szybka decyzja – lecimy na Warszawę. Nawigacja pokazuje dojazd na 0.30. Grubo. Szary prowadzi trasę tak , aby ominąć główne ruchliwe trasy.
Jazda nocą jest wystarczająco mało rozsądna. Lepiej jechać bokami.
Do stolicy docieramy równo o 1 w nocy. Parkujemy i dwoma lufami nalewki kończymy ten długi dzień… i zdecydowanie za krótki wyjazd.

Dla Szarego wyjazd się już zakończył. Dla mnie – nie do końca. Mam do pokonania jeszcze 500 kilometrów. Nie wracałem do domu , ale jechałem jeszcze na drugi tydzień wakacji. Z rodziną. Pytam Szarego ( wiedziałem , że już jechał tak samo jak ja mam w planie ) jaką trasę poleca. Mają być boczne drogi, żadnych autostrad. Mam cały dzień na dojazd i ma być „ na spokojnie”
Podumał…Podumał.. i mówi – w tą nawigacje wbij trasę samochodową krótką ( tu wskazał która nawigacja i która trasa ) Będzie fajnie.
Ok. Samochodowa czyli będzie nudno – ale nie głównymi . I o to chodziło.
Do połowy trasy droga faktycznie nie wyróżniała się niczym szczególnym.. ale.. jakoś przed Grudziądzem zaczęło kierować mnie na szutry.. Dwukrotnie pomyliłem drogę.
Przy borach Tucholskich nawigacja przesadziła. Czuje ze Szary zaraził ją jakimś wirusem tak , aby przeciągnęła mnie przez bagna pomimo wyboru trasy samochodowej!
Leśnymi drogami ppoż, przez jakieś krzaki, czasem droga o szerokości gdzie z samochodów to może mały fiat by wjechał. A przed samym celem – przeciągnęła mnie przez sam środek pola z kukurydzą. 
Dzięki Szary – za nawigacje , i za tą wycieczkę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *