Ukraina 2019 – Pikuj . Część 2.

Plan na ten dzień był banalny: dojechać do połoniny Pikuja. Wjechać na nią. Przejechać całą. I zjechać. Proste? Pff.. banał. Jeszcze może zdażymy na Borzawe dojechać.
W jakim wielkim byliśmy błędzie….

Na początek trzeba było dojechać do wsi Karpackie. Z niej wiodła droga w góre na połoninę Pikuja.
Miejscowość Użok w której spaliśmy znajduje się w linii prostej około 4km od Karpackie.
Droga utwardzoną jest to juz ponad 30km!
I zaczęło się. Szary znalazł skrót. PALCEM PO MAPIE.

Wyjeżdżamy z naszego spa… przejeżdżamy jakies 50 metrów.

Skręcamy w lewo miedzy gospodarstwa. Droga robi się odpowiednia na nasze sprzęty.

20 metrów i.. mamy bród. Wartki strumień.
Przez strumień przechodzi starsza kobiecina i krowa.
Kobiecina idzie po prowizorycznej kładce – jakimś kawałku drzewa.
Krowa też widać, że wie co robi…

This photo is taken with Brica B-PRO5 Alpha Edition mk.¢ò

Ja przejeżdżam bez zbytniego zastanowienia ( miejscem, którym szła krowa.. wiadomo ) i jadę dalej pod górę. Poszło tak łatwo i szybko ,że przez myśl mi nie przeszło zerknąć w lusterko ….
Podjechałem na niewielkie wzniesienie. Droga idzie w prawo – i wygląda na przejezdną – i w lewo. W lewo mamy nachylenie graniczące z absurdem + luźno ułożone kamienie wielkości starych telewizorków od commodore czy atari. Wiem ,że pojedziemy w prawo. Przecież to logiczne….

Jakoś zbyt długo nie ma Szarego. Stawiam motocykl , co jak się okazuje , nie jest łatwe. Przechył.. kamienie.. błoto. Udało się.
Idę w dół. Obok mnie gość z jakimś drzewem… Wyłaniam się zza lekkiego łuku i widzę.. Szary stoi w strumieniu. I wypowiada jakieś niecenzuralne słowa w moim kierunku 😀 Motocykl już na kołach, ale widać ewidentnie, że leżał.

No nie sądziłem ze zaliczy glebę po 50 metrach drogi w strumieniu o szerokości 2 metrów i głębokości może 10cm. A jednak, dno strumienia okazało się być jednym wielkim lodowiskiem. Ciężko było ustać na nogach. Nie mam pojęcia jak przejechałem go z taką łatwością.
Teraz juz wiem, że wpływ na to miała .. i ma nadal…moja opona.. co wielokrotnie potwierdziło się później na tym wyjeździe.
Po obadaniu dna rzeczki i zebraniu opierdolu od Szarego idziemy na miejsce, gdzie stoi moje moto. Na rozdroże.
Pokazuje Nawigatorowi – ” to co? w prawo??” Szary patrzy na mapę.. patrzy…

NIE. TU POD GORKE….

Oniemiałem.
Podejście pieszo pod tą górkę sprawiłoby dużą trudność.
Podjazd ponad 200kg motocyklem? Jakiś żart. I to niesmaczny.
Wiedziałem niestety ,że on nie żartuje. Wsiadł. Założył kask i ognia. Ujechał.. Może 10 metrów, ale ujechał. 🙂 I zakończył spektakularną glebą w kamerdolce.

Lecę na pomoc – tym razem byłem przygotowany.
Stawiamy sprzęt w pion, ale jest tak stromo i kamieniście ,że moto zsuwa się w dół.
Narzucałem kamieni pod tylne koło. Szary wsiadł. Bieg zapięty. Hebel zaciśnięty. Ja z tylu asekuracja..
ZSUWAMY SIE..
Dosłownie centymetr po centymetrze.. Kamerdolec po kamerdolcu.. Udało się sprowadzić motocykl na dół.
Chwila przerwy na złapanie oddechu. Szary 2 gleby zaliczone. Woda chlupie w butach.
Ujechaliśmy może 100 metrów od naszego SPA. Jest DOBRZE.

Nawigator szuka objazdu. Można jechać asfaltem ale… po co ? Palcem po mapie na pewno będzie ciekawiej.
Znajduje drogę. Szybki odwrót ( przez strumień z lodowiskiem.. udaje się bez gleby ) i lecimy asfaltem w stronę punktu, na którym nas wczoraj kontrolowano.
Przed samym punktem zjeżdżamy na pobocze. Szary sprawdza mapę i pokazuje palcem
– O TU.
TU?? Jakaś niby droga skręca w las zaraz przed kontrolą paszportową.
No tu..
Dumamy dumamy… Wjazd w las 10 metrów przed kontrolą paszportów. Panowie z kałachami – bankowo z ostrą amunicją.
Nie no. Bez przesady. Jedziemy dalej przez kontrolę , dalej na pewno się JAKAŚ droga znajdzie.
Dwa zakręty i … w prawo w las.

Na mapie oczywiście drogi nie ma ale… jest żółty szlak pieszy! Zaczyna się ładnie , szeroko… Po chwili las gęstnieje… droga sie zawęża… Szerokość juz ledwo na motocykl. Po obu stronach strome spadki.
Kulamy się. Dosłownie. Prędkość pół na godzinę. Nagle stop. Szary zsiada, bo droga niknie w krzakach.

Szybkie obadanie sytuacji – bez szans. Nie przejedziemy. Kozia ścieżka. Zawracamy – co wcale nie jest proste… Cofamy się do asfaltu.
Jedziemy i huczymy asfaltem. Opony z kostkami przy 1 bar i 300kg obciążeniu wydają na asfalcie juz nawet nie huk… one jęczą… płaczą z bólu. Skręcamy w pierwszą napotkaną drogę w naszym kierunku jazdy.
Szeroko, szutrowo… na początku nudnawo. Nudę jednak przerywają ogromne kałuże z koleinami. Jedna… druga… trzecia… dziesiąta.

W którejś tam z kolei Szaremu uślizguje się przednie koło ,i z gracją płetwala błękitnego daje nura w wodę. Motocykl leży,do połowy zanurzony.
Szary delikatnym krzykiem oznajmia ,żebym się pospieszył. Ja oczywiście stojąc na szczycie koleiny ,nie mam jak postawić motocykla na nóżce. Brakuje kilku centymetrów, kładę wiec moto tak jak stał , w błoto ,i biegnę. Wyławiamy ( dosłownie ) moto z tego bajora. Chwila na odsapnięcie.
Chcemy jechać dalej ,ale nie ma lekko – moto odpala, ale strzela w wydech. Typowe przy starej xtz. Zawsze się to działo po przejeździe przez głębokie kałuże – o rzekach nie wspominając. Do końca nigdy nie doszliśmy – dlaczego.

Tym razem rozwiązaliśmy na dobre ten problem ,ale o tym za chwilę…
Zaraz za kałużą była dość spora górka. Szary ledwo podjechał strzelającą w wydech XTZą. Ja czekałem juz na górze.

Na szczycie zdecydowaliśmy ,że nie ma sensu jechać z tak strzelającym w wydech sprzętem. Kompletny brak mocy, dla silnika strzelanie też zdrowe nie jest.
Przerwa.
Jak się później okazało najdłuższa przerwa na tym wyjeździe.
Rozebraliśmy airbox, czyli puszkę filtra powietrza. Było tam trochę wody ,ale bez przesady.
Moto złożone. Nadal strzela.

Kolejny podejrzany – moduł zapłonowy. Szary uświadamia mnie, gdzie znajduje się moduł w jego XTZ – w miejscu zupełnie sprzecznym z logiką. Nad tylnym błotnikiem. Woda nie chlapie na niego bezpośrednio ,ale przy mocniejszym wjeździe w kałużę jest cały mokry. Wtyczka mokra.
Suszymy całość, wkładamy moduł w worek foliowy i izolujemy taśmą. Teraz woda mu nie straszna.
Odpalamy testowo – jest lepiej. Składamy. Pakujemy się.
Szary rusza – znów to samo. Przerywa. Nie da się tak jechać.
Może jednak ten airobox? Rozbieramy. O dziwo jest woda! Wylewamy wodę. Składamy. Odpalamy. Wkręca się na obroty jak wściekła.
Składamy owiewki, pakujemy narzędzia, torby, ubieramy się. Jedziemy.
TO SAMO. Przerywa…
Ja sugeruję jednak moduł. Może wewnątrz jest woda i przy drganiach się przelewa i zwiera jakieś obwody na płytce.
Rozpakowujemy torby, narzędzia, rozbieramy się – nie pamiętam, który to już raz na tej górce. Rozbieramy moto.
Szary sceptycznie jest nastawiony do rozbiórki modułu. Mówi
– ja się za to nie biorę. Chcesz to rób.
Ok. Biore moduł, nóż – ale nie taki zwykły nóż – a najprawdziwszy nóż DŻONA RAMBO i wsadzam w obudowę modułu. Szary nawet na to nie patrzy. Podziwia górskie szczyty dookoła i tylko nasłuchuje, jak wątła obudowa trzeszczy pod naporem noża.
Podważam.. i nagle PYK – obudowa pękła a z Szarego jakby powietrze zeszło  Pękło to pękło. Nawet lepiej! Bo teraz mamy piękny otwór kontrolny. W module wody brak. Suchy.
Zaglądamy kolejny raz do airboxa. Szok. Znowu jest pełen wody! Żarty sie skończyły – przewracamy motocykl na bok. Cała woda wylewa się na połoninę
Składamy. Pakujemy. Odpalamy. Lekko przerywa, ale decydujemy się na jazdę ,bo juz 2 godziny mamy w plecy.
Szary poszedł jak kuna w las.
Ja siadam na swój motocykl. Odpalam. Rozrusznik kręci, ale motocykl nie odpala. Zimny pot mnie oblał.. co jest??
Wyłączam. Włączam stacyjkę. Zero. Kręci jak głupi, a nie odpala.
Szary wraca po paru minutach zdziwiony. Dumamy..
Oczywiście PROCEDURA – czyli rozpakowanie toreb.. narzędzi…
Na pierwszy ogień świeca. Wykręcam. Sprawdzamy czy jest iskra – nie ma.
Sprawdzamy na innej świecy – nie ma.
Przypominam sobie, że miałem kiedyś problem z odpaleniem tego motocykla, jak akumulator był słaby. Mam wbudowany woltomierz , i rzeczywiście wskazanie to 11.8v. Troche mało …ale bez przesady. Powinien odpalić bez problemu…
Do głowy wpada myśl, dlaczego napięcie jest tak niskie – przez cały czas jak naprawialiśmy motocykl , mój stał na włączonych światłach. Czyli około 2 godziny.
Podmieniamy akumulatory – odpalił !
Zakładamy z powrotem mój akumulator i tylko przykładamy klemy jednego akumulatora do drugiego. Odpalony 🙂

NAPRAWIONE! JEDZIEMY!

Mieliśmy jechać w lewo. Szary juz tam nawet pojechał , ale wrócił jak mój moto nie odpalił. W lewo prowadziła droga na mapie.
Nawigator jednak zrobił szybki przegląd swojej mapki i mówi:
– eee.. w prawo to już na Pikuja! Bezpośrednio! Taki skrócik „palcem po mapie” do Karpackiego! JEDZIEMY!
Jako że byliśmy juz na jakimś szczycie trzeba było tylko z niego zjechać wprost do CENTRUM wioski Karpackie. Tylko. Zjechać. Pfff..
Początkowo było ok. Koleiny. Woda. Trawa. Kamenie. Nic nadzwyczajnego. Jednak w pewnym momencie droga zaczęła przybierać formę koryta rzeki, po obu stronach strome brzegi. Na dnie tegoż koryta spore , luźno ułożone kamienie z wyrwami pomiędzy nimi utworzonymi przez spływającą z gór wodę. No i nachylenie. Nachylenie było zacne. Wiedziałem, że nie ma odwrotu. Nie dałoby się zawrócić. A nawet jeśli, to podjazd pod to coś był nierealny.

Silniki zostały wyłączone. Bieg zapięty. Zaczęło się zsuwanie w dół…. Zdobywając każdy metr.. hamując silnikiem i przednim heblem. Po pewnym czasie w dole ukazał się dom i dzieci z zaciekawieniem patrzące na to niezwykłe zjawisko jakim zapewne byliśmy.

Wyjechaliśmy tym kamieniołomem faktycznie w samym centrum wsi . Pod sklepem 🙂 Ideolo. Oczywiście nikt tamtędy wcześniej nie jechał – przynajmniej nikt nie zapisał śladu.
Przerwa na zakupy – dziś nocujemy w hamakach na połoninie ,wiec trzeba zrobić zaopatrzenie.

SKLEP – KARPACKIE

Sklep Karpackie – wnętrze

Sklep… To osobna opowieść. Sklepy na wsiach na Ukrainie. Mieszczą się one zwykle u kogoś w domu. Nie ma żadnych szyldów, reklam, napisów. Nic. Zero. Jeśli nie wiesz, że TU jest sklep, to nie trafisz. Bez szans. Trzeba pytać ludzi, gdzie we wsi jest sklep. Zawsze jest.
W sklepie zaopatrzenie całkiem spoko. Pytamy o tuszonkę – nie ma.. pani pokazuje nam jakieś pasztety. Proponuje paczkę kiełbasy – przecież ognisko zrobicie, prawda? No jasne, że zrobimy. Bierzemy.
Oczywiście kwas, wódkę w bardzo ciekawej butelce o nazwie ” myśliwska zabawa”
Chwila na oddech.. łyk kwasu działa cuda. Mijają nas z wolna wozy konne, bliżej nieokreślone pojazdy spalinowe prowadzone przez kilkuletnie ( no max 10 lat ) dzieci… i oczywiście łady.

Pakowanie i OGNIA NA PIKUJA!

Wjazd na połoninę o dziwo nie zaskoczył nas niczym szczególnym. Błoto , koleiny, luźne kamienie – typówka. Pogoda zaczynała nam sprzyjać i po chwili jazdy ukazał nam się widok jaki oglądaliśmy dotychczas tylko na zdjęciach w google.
Piękna ,zielona, bezkresna połonina…Chmury przelewające się przez szczyty.

Bajka.Zachwyt.

POŁONINA PIKUJA

Kilka fotek i w drogę. Byliśmy grubo spóźnieni, a do szczytu czekało nas 13km drogi ,której nie znaliśmy.
Nie wiem dlaczego cały czas myślałem ,że Połonina Pikuja to trasa w miarę lekka. Na „Afryki” i inne ciężkie sprzęty. PODOBNO Szary mówił mi, że cała ta trasa to HARD. I żadne afry ani inne krowy z bagażem tam się nie pchają. Chyba, że krowy… ukraińskie
Tak mówił. Podobno. Ja nie pamiętam, albo nie chciałem zapisać tego niewygodnego faktu w pamięci. Miało być ładnie i milo…

Połonina tylko na zdjęciach ( również tych moich, które oglądacie ) wygląda na równą , zieloną łąkę, po której można jechać z dowolną prędkością , i podziwiać piękne widoki.
Jakież to mylne…

Połonina pod trawą jest usłana ostrymi kamieniami , których oczywiście nie widać. Dlatego należy raczej jechać wytyczoną drogą, która o wiele lepsza nie jest… a do tego ma koleiny. Zazwyczaj spore. Koleiny , kamienie, błoto – typówka. Tyle, że raz w gore a raz w dół. Stromo. Bardzo stromo. Czasem niedorzecznie stromo.
Szary na jednej z banalnie wyglądających prostych zalicza przelot przez kierownice. Nagle cos zatrzymało mu przednie koło. Nie wiadomo CO. Połonina. Nagle koło stanęło. Tył motocykla podniósł się w górę. Szary przeleciał przez kierownicę, a moto leciało za nim w taki sposób , że byłem pewny, iż upadnie na niego. Na szczęście nie trafiło…

Podnosimy zieloną.. nówki gmole pogięte ,ale.. nie pęknięte. Między gmolem a owiewką pół połoniny 🙂 Jakby trawnik z rolki tam wsadzić. Zaorał bokiem kawał łąki.
Otrzepaliśmy moto z trawy .. Nawigator siada, ale.. stop. Hamulec tylny ( dźwignia ) wygięta lepiej niż świński ogon. Nie da się ani jechać ,ani hamować.
Szybka naprawa „z buta” – dźwignia nadal przypomina świński ogon ,ale… działa.
Jedziemy.

GDZIES NA POŁONINIE PIKUJA – FOTA 360

W górę .. w dół.. w górę.. w dół.. Mijamy turystów pieszych ( już któryś raz z kolei – okazuje się ,że jesteśmy wolniejsi niż oni ! )
Naszym oczom ukazuje się podjazd… Kamienisty podjazd. Bardzo stromy podjazd.

Patrzę nieco z niedowierzaniem, jak Szary Wilk wbija się w połoninę na szagę , na lewo , i idzie pod gore jak dzik w kukurydze! Szok. Nachylenie było tak duże , że cały czas przednie koło odrywało się od ziemi.

Przejazd drogą był raczej bez szans. Zbyt dużo luźnych kamieni + niedorzeczne nachylenie terenu. Zielona leżała na tym podjeździe na połonince chyba 2 razy. Ja białą – nie pamiętam ile…

Za każdym razem przewodnik naszego niewielkiego stada musiał przychodzić dźwigać mi moto – tak sie przewracało, że koła były wyżej od siodła. Bez szans na podniesienie w pojedynkę ( chyba, że jest się Szarym Wilkiem )

Po wjechaniu na wzniesienie widzimy majaczący w oddali nasz cel – PIKUJ.
Szczyt ginie w chmurach ,w które za chwilę wjeżdżamy. Robi się wilgotno, szaro, nieprzyjemnie. Widoczność spada do kilkudziesięciu metrów.

Szary na którejś z kałuż zalicza piękny poślizg. Leży. Nawet nie wstaje spod motocykla. Sięga po butelkę kwasu i ze spokojem bierze solidny łyk.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że już dawno powinniśmy szukać miejsca na nocleg. A do tego niezbędne są drzewa – śpimy przecież w hamakach.
Drzew na szczytach nie ma – trzeba zjechać nieco w dół . Drogą. Tą ,która została daleko w tyle za nami. Do Pikuja jeszcze około 3 km. DAMY RADĘ… oby.

Ostatnie wzniesienie i… widzimy już drogę „ataku szczytowego” Usłana różami to ona nie jest. Stromo jak zwykle , ale więcej kamieni.
Wjazd na szczyt poprzedza krótki zjazd przez oczywiście kamerdolce , ale wielkości już małych monitorów komputerowych. Na szczęście są one nieco rozjeżdżone , prawdopodobnie przez auta terenowe zdobywające Pikuja.

cof

I jak się później okazało także przez.. ciągniki rolnicze z wozami! ale o tym za chwilę..
Widok szczytu , który był już na wyciągnięcie ręki , dodał jakże potrzebnych w tym momencie sił. Szary wjechał chyba na raz. Ja z kilkoma postojami potrzebnymi na otarcie strachu z czoła.

Pikuj zdobyty! Może nie do końca bez strat , ale zdobyty.
Jakby tylko w jakiś sposób dało się tam zawiesić hamak ( tu właśnie wychodzi jedyna wada tego typu noclegowania ) to na pewno spali byśmy pod samym szczytem.
Chodzimy. Oglądamy. No nie da się. Nie ma jak. Wspinamy się na szczyt pod betonową kolumnę. Pamiątkowe foto i… czas nas goni. Mocno.

PIKUJ – FOTA360

cof

Szary znalazł już wcześniej ( jakby nie inaczej – palcem po mapie ) drogę w dół, która jest stosunkowo blisko nas. Jak się później okazało droga ta nie istnieje na żadnej mapie.
Znalazł ją jako czyiś ślad GPX. Ktoś TAM KIEDYŚ CZYMŚ PODOBNO JECHAŁ. Podobno. Jedziemy. Zobaczymy.

Byłem już tak zmęczony ,że niewiele pamiętam z dojazdu na miejsce obozowania. Obyło się chyba nawet bez żadnej gleby. Nawet kamera w kasku przestała działać. Kojarzę tylko, że jak ujrzeliśmy ową drogę w dół i zaczynający się przy niej las.. wiedzieliśmy, że tam dziś będziemy spali.
W zasadzie nie było innej możliwości. Powoli robiło się ciemno.
Chwila moment i hamaki były rozbite.

SPANIE POD PIKUJEM – FOTO 360

Miało być ognisko. Kiełbaski.. kupione przecież w sklepie w Zakarpackim. Pani polecała.. Nikt nie ma siły. Otwieramy „myśliwską zabawę” – qr…… , dozownik w szyjce. Trudno. „myśliwska zabawa” z lejka bezpośrednio do gardeł.
Odpalamy pasztet – również zachwalany przez Panią. Masakra. Jakby najgorsza parówka bez zagęszczacza. Dramat. Dobra ,może te kiełbaski na ognisko? Otwieramy paczkę.
O ZGROZO!!!! To dokładnie to samo co ten pasztet tylko z zagęszczaczem!… Jak to się miało upiec na ognisku?
Trudno. Nic innego nie mamy. Po 2 kiełby, po parę pajd z pasztetem… „Mysliwska zabawa” dobiegła końca i .. gasimy światło. Lepiej nie będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *