Ukraina 2016 – część 7 – Bo człowiek chce do domu…

Ruszamy, kierunek Krościenko, jak najkrótszą drogą, planujemy przekroczyć granicę jeszcze za dnia, znaleźć szybko nocleg po naszej stronie, przenocować i rano ruszyć do domów. Umownie do domów, bo Szary do domu, ja w okolice Zakopanego, bo moja rodzina tam właśnie wylądowała i tam będziemy spędzać część wakacji. 
Jedziemy… Szary ułożył trasę, jak najkrótszą, ale bez hardkoru, żadnego tam zdobywania szczytów czy coś. Na początku, sporo kilometrów robimy asfaltem, później, na pewnym etapie asfalt robił wieeeeelkie koło, Szary zarządził że bez sensu nadrabiać drogi, jedziemy na wprost, no to jedziemy. Jest super, szerokie szutrostrady, można się rozpędzić, zero ryzyka, ciśniemy. W pewnym momencie dojeżdżamy do jakiejś miejscowości, stajemy, Szary sprawdza trasę. Wychodzi na to, że jeśli chcemy szybko, to trzeba opuścić wygodną szutrostradę i odbić w prawo, przez wieś, na wzgórze, przez góry i potem już będzie blisko. Góry… Znów góry! Zgoda, może nie takie wysokie jak te które mieliśmy przyjemność poznać, ale zawsze. Jest problem. Droga wiedzie przez mostek. Stoimy na tej głównej „przelotówce” szutrowej i patrzymy w dół na prawo. Jest jakaś rzeczka, za rzeczką domki wśród śliw i jabłoni, jest i mostek. Z daleka nie wzbudza wielkiego zaufania. Na szybko układamy plan – zjedziemy w dół, ja pójdę sprawdzić mostek, pieszo, Szary przejedzie jeśli ja zaaprobuję mostek. Odpalamy. Nagle… Nasz plan wali się w gruzy… Za nami słychać jakiś nieokreślony dźwięk, coś jak dźwięk silnika spalinowego w połączeniu z silnikiem od pralki. My staliśmy ciut za zjazdem z głównej w dół, nie zdążyliśmy się cofnąć. Szalone rozpędzone Żiguli, nie bardzo zwalniając zjechało z głównej w dół i również nie bardzo zwalniając wpadło na mostek i przez niego dosłownie przeleciało. Spojrzeliśmy na siebie… Aha… To by było na tyle w kwestii sprawdzania mostku. Zawracamy, zjeżdżamy w dół, przez mostek, przez wieś, droga wije się pod górę, twarda, jak beton zbita glina, z wydrążonymi koleinami. Zaraz za wsią mijamy staruszka, wraca z krowami z pastwiska. Omijamy je grzecznie, przejeżdżamy, stajemy, Szary jeszcze raz sprawdza trasę. Zarządza odwrót, okazuje się, że góra którą mamy do pokonania, jest dość stroma, świadczyły o tym gęsto ułożone poziomice na mapie. Moje sprzęgło mogłoby nie dać rady, zawracamy.
Wracamy na szutrówkę, stajemy na chwilę, Szary wytycza nową trasę. Nagle w kłębach kurzu i dwusuwowego dymu pędzi w nasza stronę cud czechosłowackiej techniki – Jawa TS350! Pamiętacie jeszcze ten wehikuł? Lokales mniej więcej w naszym wieku, w klapkach, bez kasku, na króciaka, podjeżdża do nas, zagaja, rozmawiamy dłuższą chwilę. Wskazał nam drogę, tę szeroką szutrówką mamy jechać aż dojedziemy do wioski której nazwy nie pamiętam, tam wyjedziemy na asfalt i asfaltem już do granicy, powinno pójść szybko. Powinno… 

Jedziemy więc, kierując się na wskazaną miejscowość, mijamy kolejne wioski, aż dojeżdżamy do tej właściwej. Wszystko powinno pójść gładko. Powinno… Ale nie idzie. Jakoś mniej więcej pod koniec wsi dojeżdżamy do mostu nad rzeczką. Mostu którego nie ma. Zamiast mostu wielka kupa piachu, dwie belki leżące w poprzek drogi i urwisko, tak ze 2 – 3 metry pionowo w dół, na dnie wije się strumyczek, szerokości może metra, może półtora. Po drugiej stronie, przy chałupie siedzi grupka ludzi, pytam przez ten most bez mostu – gdzie most? Odpowiadają że most był, cały czas, od zawsze był, tyle że do wczoraj. Wczoraj rozebrali stary, będą robili nowy. Kiedy zrobią? Tego nikt nie wie… Stoimy i dumamy co zrobić. Teoretycznie dałoby się to bokiem przejechać, ale wzdłuż leżą jakieś belki, śliskie i wąskie, będzie gleba bankowo, a na drugi brzeg nie ma szans podjechać, za stromo i za błotniście – liny pójdą w ruch. Trudno. Rozpakowujemy motocykle, bagaże przenosimy na drugi brzeg, układamy na kupie. Podchodzi do nas starszy człowiek z tej grupki, która siedząc tam gdzie siedzieli, bacznie nam się przygląda, co też zamierzamy zrobić? Dziadek który do nas podszedł pyta, czy nie chcemy może przejechać przez jego podwórko, tam jest bród dla krów. Odpowiadamy że jasne, bardzo chętnie. Prowadzi nas przez wysoką trawę, na swoje podwórko, za obórkę, pokazać ten bród. To nie jest bród w naszym rozumieniu tego słowa. To jest bród dla krów. Czyli kilka metrów rozdeptanego błota na jednym brzegu, szeroko rozlany strumyk i kilka metrów rozdeptanego błota na drugim brzegu. Obok wąska deska, jedna, żeby przejść suchą stopą. Szary ocenia – damy radę, w sensie on da radę, ja mam asekurować, w razie „W” pchać. Ok, idziemy po motocykle. Szary rusza najpierw swoją, przebija się przez błoto na brzegu powolutku, dojeżdża do koryta strumienia, tam rusza pełnym ogniem i przebija się przez wodę i błoto na drugim brzegu, aż wylatuje na dość twardą łąkę, tą łąką dociera wzdłuż potoku, aż do miejsca po drugiej stronie mostu bez mostu. Ta sama procedura, moją krową. Z racji wagi grzęźnie mocniej, ale też ognia w garach więcej, więc idzie jak zło przez to błoto. Zaczynamy czynność którą robiliśmy już tu niezliczoną ilość razy, czyli upinanie bagaży na motocykle, dziękujemy naszemu wybawcy (kolejnemu) i ruszamy. Faktycznie, asfalt okazał się być niedaleko. Jezuuuuuu… Jaka ulga!!! W życiu nie podejrzewałem że tak się ucieszę z asfaltu! Jedziemy sprawnie, nagle, oczywiście, bo nie może być NORMALNIE! Szaremu kończy się powoli paliwo, musimy znaleźć stację. Sprawdzamy mapę, stacja jest niedaleko, uffff… Ulga. Ciśniemy do tej stacji, faktycznie, jest, dwa dystrybutory, jeden z benzyną, drugi z dieslem. Wszystko pasuje, oprócz tego że stacja jest nieczynna… Szybkie sprawdzenie naszych teoretycznych możliwości – jednym z niezaprzeczalnych plusów mojej ST750 jest fakt posiadania zbiornika paliwa rozmiarów średniego tankowca – rezerwy jeszcze nie włączyłem, a na rezerwie mogę jechać jakieś 80 kilometrów. Więc cóż – jedziemy dalej, gdzie dojedziemy, tam dojedziemy, dalej pojadę sam po paliwo dla Szarego. Pierwszym miasteczkiem gdzie może być stacja, jest Stary Sambor, mamy go po drodze do granicy, nie zastanawiając się wiele, bo i nie ma nad czym – jedziemy. Nie wiemy jak to nazwać, cudem, opatrznością, czy po prostu oślim uporem Teresy Szarego, tak czy siak, na oparach dojechała do stacji w Starym Samborze. Tankujemy pod korek, kupujemy coś do picia, fajki i sezamki, dobre mają tu sezamki. Ruszyliśmy około dziesiątej rano, jest po osiemnastej, norma ośmiogodzinna wyrobiona, podejmujemy decyzję że przekraczamy granicę w Krościenku i szukamy miejsca na nocleg, raczej na dziko.
Do granicy dojeżdżamy bez większych ekscesów, zanim dojeżdżamy do przejścia, kupujemy w przydrożnych sklepikach jakieś pamiątki dla rodzin, coś słodkiego, jakiś likier. Dojeżdżamy do granicy. Tradycyjnie, od strony ukraińskiej, aby uniknąć tłoku na samym przejściu, wpuszczają pojazdy partiami, reszta stoi w kolejce przed pierwszym szlabanem. Objeżdżamy korek, stajemy przed szlabanem. Zaczyna kropić, za chwilę padać. Ubieramy przeciwdeszczówki. W budce, jako szef szlabanu, siedzi młody służbista. Spodenki na kancik, włoski na żelik, bródka przystrzyżona jak trawniczek na Wembley. Idę. Proszę żeby nas wpuścił, dwa motocykle, stoimy i mokniemy, otwórz i wpuść nas pod dach. Ten na mnie z mordą że ona nie może, on ma procedury, on dostaje sygnał kiedy i ile pojazdów może wpuścić i nie i koniec! Osz ty w dupę kopany… Myślę sobie, ale nie mówię, bo i po co? Wracam, Szary nie pyta, widzi moją minę, idę i klnę, wcale nie pod nosem. Siadamy na motocykle i stoimy. Mokniemy jak kury, deszcz raz mocniej, raz słabiej kapie pionowo z góry. Trudno, ani to pierwszy raz, ani zapewne ostatni. Po jakimś dłuższym czasie szlaban się otwiera, wjeżdżamy na teren przejścia. Ukraińskim zwyczajem dostajemy karteczkę z naszym numerem rejestracyjnym, wkładamy ją pod mankiet, i tak jest już mokra jak gnój. Procedura podobna, od okienka do okienka, tu pieczątka, tam pieczątka, podjeżdżamy od punktu do punktu. Przed jednym z tych punktów stoimy za Mercedesem ML, na polskich blachach, za kierownicą typowy misiek, łysiejący, złoty łańcuch, spory brzuch – powodzi się. Na siedzeniu obok siedzi anioł. Tak, anioł. Dziewczę tak cudnej urody, że ciężko nie zawiesić oka na chwilę. Stoimy obok, dziewczyna nie zważając na lekko poirytowaną minę swojego księcia z bajki, każe mu opuścić szybę i macha do nas. Pyta skąd jedziemy, dokąd, od kiedy w drodze. Podjeżdżamy do kolejnego okienka – kontrola paszportowa. Stawiamy motocykle, biorę oba paszporty, zdejmuję kask, zakładam kaptur i ustawiam się w kolejce na deszczu. Stoję i moknę jak łach. Trudno, swoje trzeba odstać. Stoję tak i moknę dłuższą chwilę, za mną stoi misiek z ML – a. W końcu okienko, paszporty, rzut oka, stempelek i wracam pod daszek. Wracam. Wbija mnie w ziemię. Ja mokry jak mop, misiek z meśka mokry jak mop, a pod daszkiem Szary stoi sobie, porozbierany, porozpinany, suchutki i… Rozmawia sobie w najlepsze z aniołem z meśka… Cały ten czas jak ja mokłem w tej kolejce, oni sobie ucinali miłą pogawędkę. Niech was piekło pochłonie! Podchodzę, daję Szaremu paszport, powoli się zawijamy, wraca misiek z meśka i mówi do anioła – musimy wrócić do pierwszego okienka, nie mamy jakiegoś stempelka, potem cała procedura od początku, musimy zaliczyć wszystkie punkty. Alllllelujaaaaaa!!! Ryczę z dzikiej radości w duchu! To za to że mokłem! Ruszamy na polską stronę przejścia – tutaj już od razu widać że jesteśmy w kraju – tylko dwa okienka, celne i paszportowe, w okienkach same anioły! Wszystkie uśmiechnięte, miłe, pomocne, pytają czy nie mamy więcej alkoholu niż można, ale bardziej z obowiązku, niż serio, odpowiadamy że nie, ale jeśli pani anioł chce, to możemy rozpakować bagaże. Anioł patrzy na nas ze współczuciem – nie trzeba. Kurde, szkoda, chętnie byśmy się dali zrewidować temu stadu aniołów. Nic to, formalności szybko i sprawnie, ruszamy, dojeżdżamy do pierwszego po naszej stronie Orlena, wjeżdżamy… Uderzenie rzeczywistości. Jednak nasz kraj to już Europa – głupia stacja benzynowa oświetlona jak lunapark. Na Ukrainie też są stacje, jest cywilizacja, światło, ale wszystkiego jest jakby mniej, jakby skromniej, mniej krzykliwie. Rozmawiamy o tym chwilę, kupujemy hotdogi, Red bulle, jemy, pijemy, palimy, robimy porządek z ciśnieniem w kołach, ustalamy plan, jedziemy dopóki nas nie zacznie morzyć sen, jak zacznie, stajemy obojętnie gdzie i rozbijamy nocleg. Ok, Szary prowadzi, ja jadę za nim. Jest noc, taka naprawdę ciemna noc, dochodzi północ, albo już była, nie jedziemy szybko, bo warunki średnie, ciemno bardzo, do tego czasem mgły. Tylne lampa Szarego zaczyna mnie hipnotyzować. Jadę i myślę o domu, o własnym łóżku, prysznicu. Nagle cyk! Łeb mi leci. Nie zastanawiam się, wyprzedam Szarego błyskawicznie i włączam kierunek, zjeżdżamy na przystanek który akurat się pojawił. Pytam jak się czuje, mówi że spoko, ja zasypiam, nie mogę jechać jako drugi, muszę prowadzić, szybka zmiana ról, jedziemy dalej. Od razu lepiej, zero znużenia, czuję się świetnie. W kompletnych ciemnościach przejeżdżamy słynne bieszczadzkie serpentyny, tempem ślimaczym. Jedziemy dalej, zdobywamy kolejne kilometry, kolejna stacja, tankowanie, jest jakoś po trzeciej, zaczyna świtać. Co robimy? Jedziemy dalej czy idziemy spać? Nie no, jedziemy, tym bardziej że wiele nie zostało, nasz punkt docelowy to miejscowość Leśnica Sądel, tam odbywa się slot ekipy z f650gs.pl, bandy pozytywnie nienormalnych świrów, to oni zaszczepili we mnie wirus włóczęgi, a właściwie po prostu go obudzili, chyba był w mojej duszy od zawsze, tylko spał. Falcon jest ze mną w kontakcie cały czas, czekają na nas, ale z godziny na godzinę ubywa czekających, kładą się spać. No więc, na koń! Z minuty na minutę robi się widniej i… Zimniej. Wiem jednak z doświadczenia, że to tylko chwilowe, najzimniej jest o świcie, potem, im słonko wyżej, tym cieplej. W pewnym momencie wypadamy na Zakopiankę. Ufff… Meta niedaleko! Jakieś pół godziny później na łuku drogi w prawo, Teresa zaczyna mi przerywać, kończy się paliwo, więc schylam się, sięgam ręką kranika, przekręcam na rezerwę, ale że to średnio wygodna czynność podczas jazdy, trochę to trwa. Nagle słyszę wściekły klakson Szarego i słyszę jak przyspiesza szybko, zrównuje się ze mną, patrzy na mnie przerażony i drze się czy wszystko ok? No ok, kiwam głową, nie bardzo rozumiejąc całą tę sytuację. Przełączam, zaskoczyła, ogień, jedziemy dalej. Za jakiś czas stajemy na stacji, pytam Szarego o co mu chodziło że tak sie uruchomił z tym klaksonem??? I teraz – z jego punktu widzenia, ta niewinna czynność i sytuacja wyglądała zupełnie inaczej… Jedzie za mną i widzi, jak na łuku drogi, motocykl zaczyna zwalniać, mi spada ręka z kierownicy i zwisa obok baku, ja całym ciałem osuwam się na bak, motocykl zjeżdża w kierunku barierek… Był pewny że zasnąłem! Jezu, to naprawdę mogło tak wyglądać…
Ostatnie tankowanie, ostatnie kilometry, wreszcie wjeżdżamy na znane mi podwórko Tatrzańskiego Gościńca. Jest szósta, ruszyliśmy o dziesiątej, dwadzieścia godzin w siodle… Niby powód do dumy, ale też troszkę głupota, tyle że ryzyka nie było w zasadzie, mieliśmy ustalone zasady, kiedy którykolwiek z nas stwierdzi że jest zmęczony, stajemy bezwzględnie. Taka sytuacja nie nastąpiła, dojechaliśmy szczęśliwie do mety. Jacek czekał tak jak obiecał, dał nam klucz, pokazał gdzie pokój i poszedł spać. Jacku, raz jeszcze dziękujemy!
Zeszliśmy na dół, zaczęliśmy rozpakowywać motocykle, Szary wysupłał z „zakapełka” odpowiednio schłodzoną poranną rosą flaszeczkę pysznej ukraińskiej wódeczki, znaleźliśmy jakąś pustą szklankę do piwa, jakiś rozpuszczalnik i wypiliśmy za szczęśliwy powrót. Dziwne to było uczucie, wszyscy wokół smacznie spali, a my dopiero przyjechaliśmy. Nasze utyrane, połamane, poklejone szarą taśmą Teresy wyglądały dziwnie na tle czystych i błyszczących beemek. Cóż, taka karma, innego dnia, to one będą brudne, to towarzystwo w przeważającej większości naprawdę podróżuje, to nie są bulwarowi, bananowi chłopcy, to naprawdę silna ekipa. Tak pijąc, oglądając inne motocykle i rozprawiając o ich przewagach i wadach w stosunku do starych sprzętów, szybko doszliśmy do etapu, kiedy w naszej flaszce zapaliła się rezerwa, chwilę poźniej ukazało się dno. Cóż, wszystko się kiedyś kończy. Jak najciszej się dało, wdrapaliśmy się po kręconych schodach do naszego pokoju i bez większych ceregieli typu prysznic czy coś, złożyliśmy zbolałe gnaty na zasłużony odpoczynek.
Sen nie trwał długo, ledwie zamknęliśmy oko, trzeba było wstawać na śniadanie. Śniadanie jak zwykle było pyszne, naprawdę pyszne i do syta. Co chwila ktoś się do nas przysiadał i pytał o której przyjechaliśmy, jak było, jakie wrażenia. Byliśmy mocno zmęczeni, żeby nie powiedzieć umordowani, organizmy zaczęły windykować kredyt, którego nam udzieliły. Dopiero po wyjściu na zewnątrz, na słoneczko i trawkę, jakoś się obudziliśmy. Przegadaliśmy z uczestnikami zlotu sporo czasu, ale stan „bycia w podróży”, oznacza przymus przemieszczania się, niemal nieustannego, z przerwami tylko na spanie, jedzenie i tankowanie. Wszystkie z tych czynności mieliśmy już za sobą, dlatego chcąc niech chcąc, powlekliśmy się do pokoju, pozbierać graty i zaczęliśmy je upinać na motocyklach. Ja miałem do przejechania niewielki kawałek, Szary więcej, Warszawa jest dalej niż Witów. Dzięki temu że jechaliśmy bez przerwy dwadzieścia godzin, mieliśmy jeden dzień w zapasie, każdy z nas mógł wrócić do rodziny dzień szybciej. Podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy. Wyjechaliśmy na Zakopiankę, stacja benzynowa, stajemy, tankujemy pod korek, jakiś hotdog, coś do picia, siadamy przy stoliku pod parasolem i… Cisza… Gadka kompletnie się nie klei… Gadamy o niczym, nie wiem jak Szary, ale ja wtedy czułem olbrzymią ulgę i bezgraniczny żal. Ulgę że to już koniec i że wreszcie odpocznę, że się wyśpię, wykąpię, wypiorę śmierdzące ciuchy… I żal, żal że to już koniec… Że już nie prześpię się w namiocie, czy na skrzypiącej podłodze rozpadającej się świetlicy. Że ubiorę czyste ubrania, że zamiast w lodowatym strumieniu, wykąpię się pod prysznicem gdzie jest ciepła woda… Że już nie zjem sardynek bezpośrednio z puszki, gdzieś na schodach przydworcowego sklepu nocnego, ani tuszonki z fasolą z okopconej od ogniska menażki. Nie wypiję kawy mocnej jak piekło, zaparzonej na kamieniu przy ognisku, pachnącej wiatrem, dymem, ziemią i zdeptaną trawą. Nie będę musiał uśmiechem łatać dziur w języku, próbując się dogadać z ludźmi, od których tyle serca doświadczyliśmy, tutaj wszyscy mówią po polsku, załatwienie czegokolwiek jest tak banalnie proste, banalnie proste i nudne… Dziwne uczucie, nawet teraz kiedy piszę te słowa, czuję się nieswojo, podobnie jak tam, przy tym stoliku, dziwna klucha wzruszenia rośnie mi w gardle. Nie było sensu siedzieć dłużej, wstaliśmy, obaj nie bardzo wiedząc jak się pożegnać, więc, po prostu przybiliśmy pione i niedźwiedzia, jak zawsze, nie chcąc patrzeć sobie w oczy, chyba obaj mieliśmy je lekko wilgotne, ja napewno. Wsiedliśmy na wierne stare szkapy i ruszyliśmy, każdy w swoją stronę…
Szary, dziękuję przyjacielu za tę włóczęgę!!!



Przy okazji napiszę jeszcze tylko, że we wrześniu tego roku, znów odwiedzę moją ukochaną Ukrainę, tym razem szosowo, szybciej, dalej, w trochę innym składzie, ale jeśli chcecie, chętnie to opiszę…
Dziękuję drogi czytelniku, za to że znalazłeś czas, aby to przeczytać, to dla Ciebie to napisałem.
Basior

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *