Ukraina 2016 – część 6 – …Przepraszam, ale nie mamy siły żeby jechać dalej…

Postaliśmy chwilę na tym szczycie, zrobiliśmy kilka zdjeć, wreszcie Szary powiedział to, co powiedziane zostać musiało – musimy zjechać do miasteczka. Nie możemy tu zostać, przede wszystkim nie mamy wody i nie mamy skąd jej wziąć. Zapada jedyna możliwa decyzja – zjeżdżamy drogą techniczną pod wyciągiem, tą, którą pierwotnie mieliśmy wjechać, ale z kilku powodów się nie dało. Teraz te powody wydały nam się kompletnie abstrakcyjne i bez znaczenia. Liczyło się tylko to, żeby dotrzeć do cywilizacji i zdobyć jedzenie i picie. Obaj po raz pierwszy byliśmy w takiej sytuacji, doprowadzeni fizycznie i psychicznie na skraj przepaści. Pomimo tego że obaj prowadzimy się na codzień dość zdrowo i aktywnie – ten podjazd zwyczajnie nas przeżuł i wypluł. Zniszczył nas. Obaj wiedzieliśmy że nic gorszego już nas spotkać nie może. Zjeżdżamy.� Zjazd odbył się bez większych fajerwerków, znów trafiło się kilka miejsc kiedy ta pieprzona plastelina wzięła górę, kilka razy Szary musiał mi pomagać, koniec końców, jakimś cudem dojechaliśmy do toru trialowego o którym pisałem wcześniej. Pomiędzy wkopanymi w ziemię pniami dotarliśmy do końca tego zjazdu, tam łańcuch, na nim kłódka, tylko tyle dzieliło nas od wolności. Stajemy, ja nie gaszę, bo akumulator niedomaga, zastanawiamy się co dalej. Za chwilę z cienia wyłania się jakiś ochroniarz w uniformie.
– Dobry wieczór.
– Dobry wieczór.
– Co tu robicie?
– Zjechaliśmy z góry, chcemy się dostać do miasta, musimy coś zjeść.
Pojawia się drugi, zaczynają dyskutować, chyba nie mają klucza od tej kłódki. Za chwilę jednak okazuje się że klucz jednak jest. Otwierają kłódkę, łańcuch spada na ziemię, przejeżdżamy. Czuję nieprawdopodobną ulgę. Zostawiamy za sobą cały ten koszmar. Ten szczyt, który okazał się szczytem naszych możliwości, szczytem głupoty, szczytem bezmyślności i nieodpowiedzialności…
Przejeżdżamy przez parking, znajdujemy jakieś miejsce na krótki postój, naradzamy się co robić. Szary znalazł jakiś sklep, który powinien być jeszcze czynny, przy dworcu kolejowym. Jedziemy. Dojazd do dworca i sam dworzec okazał się zgoła odmienny od tego do czego przywykliśmy u nas w kraju. Ciężko to opisać nawet, po prostu szeroka bita droga gruntowa, tu i ówdzie przetykana plackami asfaltu, składająca się głównie z dziur. Nic to, nawet gdyby to była półmetrowej szerokości ścieżka nad przepaścią, nie zatrzymałoby nas to w tej pogoni do spełnienia marzeń naszych żołądków. Dojeżdżamy do dworca. Budynek dworcowy podobny do naszych w mniejszych miasteczkach, tyle że zamknięty na głucho. Po drugiej stronie ulicy ciąg budynków, pomiędzy nimi wbite jakby przypadkiem dwa sklepy. Jeden zamknięty, drugi też. Drugi od pierwszego różnił się tylko tym, że w zamkniętych drzwiach było okienko, w którym od czasu do czasu pojawiała się młoda dziewczyna, pytała co potrzeba, znikała w czeluściach półmroku, za chwilę wracała, inkasowała pieniądze, wydawała zakupy i tak cyklicznie. Czekamy karnie w krótkiej kolejce. Wreszcie nasza kolej. Kupujemy chleb, wodę, sardynki, tuszonkę, wódkę, dwa piwa i coś jeszcze do jedzenia. Znajdujemy jakieś stalowe schody, siadamy na nich i po prostu zaczynamy jeść. Widok dość osobliwy, zważywszy na to że wyglądamy jak odyńce, śmierdzimy jak odyńce, czujemy się jak odyńce i dochodzi północ. Znikąd pojawia się jakiś bezdomny kundel, czeka cierpliwie czy może coś zostawimy, nie pozwalam mu czekać, stawiam puszkę z resztką sardynek, do tego trochę chleba. Po cichutku, jakby chciał być tylko cieniem, wciska się pod schody i bez krępacji zaczyna kolację.
Nagle słyszymy rytmiczne łup, łup, łup… Coraz bliżej i bliżej. Zza łuku wyłania się dudniący dyskoteką Uaz, wypchany po brzegi. Zajeżdża z łoskotem, parkuje bokiem, lud się wysypuje, śmiech, gwar, głośne rozmowy. Za chwilę drugi, minutę później trzeci. Zlot jakiś? Patrzymy i sami nie wiemy co o tym myśleć, jakoś to sobie po swojemu komentujemy. Zastanawiamy się co się teraz wydarzy? Podejdą do nas? Porozmawiać? Pobić? Okraść? Towarzystwo było dość mocno wcięte, więc wydarzyć mogło się w zasadzie wszystko. Nie wydarzyło się nic. Podszedł do nas tylko jakiś starszy bywalec tego nocnego, w stanie w którym chętnie byśmy się teraz znaleźli. Zamieniliśmy kilka zdań. Wreszcie zaczęliśmy szykować się do drogi. Najważniejszy plan zrealizowaliśmy – napełniliśmy żołądki, teraz czas poszukać jakiegoś miejsca na nocleg.
Szary znalazł jakieś miejsce gdzie teoretycznie powinna być możliwość rozbicia się na noc. Prowadzi do niego piękny, gładziutki jak stół asfalt, mamy do przejechania tylko kilka kilometrów. Na koń!
Noc jest taka jak dzień, czyli do oporu, tyle że w drugą stronę. Nie jest ciemno, tylko czarno, czarno i zimno. Jadąc w tej czerni, za każdym razem kiedy wyjeżdżamy na otwarta przestrzeń, szczelnie otula nas gęsta jak cygarowy dym, zimna mgła. Po dłuższej chwili dojeżdżamy w bezpośrednie pobliże miejsca ewentualnego noclegu, poznaję po tym że Szary staje na poboczu. �
– To gdzieś tu.
– Gdzie tu? Nic tu nie ma.
– No gdzieś tu musi być odbicie w prawo i potem w lewo.
– No to jedziemy.
Istotnie, za jakieś 15 metrów jest droga w prawo, skręcamy, jedziemy w totalną czerń. Szary staje za kawałek, twierdzi że to gdzieś tutaj w lewo. Ruszamy, jest zjazd z górki w lewo, jedziemy. Po kilkudziesięciu metrach dojeżdżamy do końca drogi. W prawo brama zamknięta, jakiś pokomunistyczny ośrodek, gdzieniegdzie tli się światło na werandzie domku, ciężko określić w jakim są stanie, nazajutrz okaże się że w słabym. W lewo podobny ośrodek, tyle że brama otwarta. Na werandzie jednego z domków siedzi jakaś para starszych ludzi. Po lewej rozciąga się spora polana, na środku której stoi latarnia. Nie zastanawiamy się sekundy nawet, ruszamy, powolutku, żeby nie robić hałasu dojeżdżamy do latarni, gasimy, ja idę porozmawiać.
Na werandzie siedzi małżeństwo w mocno podeszłym wieku, na oko swoje przeciwieństwa, On chudy, żylasty wręcz, Ona zupełnie odmiennych kształtów. Oboje jednak mimo wieku mają jeszcze błysk w oku, nawet pomimo zmęczenia go zauważam. Uśmiechają się nieśmiało, nie wiedząc kompletnie kogo się spodziewać, wyglądałem jak szmata, tak też się czułem.
– Dobry wieczór.
– Dobry wieczór.
– Przepraszam, ale nie mamy już siły żeby jechać dalej. Czy możemy tu się rozbić i zostać na noc?
– Przepraszamy, to nie nasz ośrodek, a nie ma już nikogo z właścicieli, sam nie wiem…
– My już naprawdę nie mamy siły pojechać dalej, jeśli nie możemy tutaj, to rozbijemy się przed bramą. Dziś wjechaliśmy na Wysokij Wierch i zjechaliśmy, na motocyklach, wjeżdżaliśmy siedem godzin, padamy z nóg.
– Dobra, rozbijajcie się, rano będziemy się martwić co zrobić z tym że rozbiliście się bez pozwolenia właścicieli.
– Bardzo dziękuję.��
Odwdzięczyłem się nikłym uśmiechem. Chyba wyczuli moją szczerość w tym co mówiłem że rozbijemy się pod bramą, dlatego się zgodzili – pomyślałem. Przekazałem dobrą nowinę Szaremu, ucieszył się równie mocno jak ja, choć identycznie jak ja, zdobył się tylko na lekki uśmieszek – zdecydowanie kończyły nam się baterie. Powoli rozkulbaczamy wierne szkapy, nie spieszymy się, bo dokąd? Nie mamy też siły na bardziej energiczne ruchy. Podchodzi do nas starszy Pan.
– Chłopaki, tutaj pod krzakami się nie rozbijajcie, tutaj podmokłe, obudzicie się w mokrym namiocie. Lepiej rozbijcie się tutaj, pod samą latarnią, tu będzie dobrze.
– Dziękujemy bardzo za radę. Postaramy się rano zwinąć skoro świt, tak żeby nie narobić Panu nieprzyjemności, kiedy przyjedzie właściciel.
– Nie ma problemu, odpoczywajcie, załatwimy to.
Zaczęliśmy się szykować do rozbicia namiotu, wtem nasza dobra dusza nawiedza nas raz jeszcze.
– Chłopaki, słuchajcie, rozmawiałem z żoną, może nie ma sensu żebyście teraz pół godziny się rozbijali, rano pół godziny zwijali? Może chcielibyście przespać się w starej świetlicy? W sali bilardowej? To tamten budynek, ooo tam. – wskazuje ręką coś co wygląda jak stara szopa, ale ma dach!
– A moglibyśmy? Byłoby świetnie, ale nie chcemy robić kłopotu.
– To żaden kłopot, mamy klucze, chodźcie.
Bierzemy co popadnie i idziemy za nim, potem wrócimy po resztę. W mojej głowie kołaczą się myśli – jak to tak? Obcy, w środku nocy, wyglądem raczej wzbudzający strach niż sympatię. Ktoś przygarnia nas do nieswojego ośrodka, proponuje dach nad głową, tak po prostu? Przypominam sobie wszystkie nasze dotychczasowe kontakty z tubylcami i przestaję sobie zadawać głupie pytania.
Świetlica to stary, ledwo trzymający się kupy budynek średniej wielkości, wchodzimy za gospodarzem. Wąski korytarz, w nim kilka nieczynnych, popsutych lodówek, pierwsze pomieszczenie w prawo – to sala bilardowa. Brzmi dumnie prawda? Niestety wyglądało mniej dumnie. Na samym środku stał stół do bilarda. Sukno wyblakło jakieś trzydzieści lat temu. Dumnie nosił ślady licznych walk z rozjuszonymi zawodnikami – liczne przedarcia sukna, plamy po wszystkich możliwych trunkach i nie chcę wiedzieć po czym jeszcze. Za mieszki w łuzach robiły kawałki worków po cebuli. Naokoło było może po półtora metra miejsca, ale za to było ciepło i sucho, a to było najważniejsze. Dla nas ta rudera dziś była Sheratonem. Mocno podziękowaliśmy, nasz dobrodziej wyszedł a my juz nie spiesząc się, poszliśmy po resztę rzeczy i motocykle. Rzuciliśmy bambetle na podłogę i odbezpieczyliśmy flaszeczkę wybornego ukraińskiego trunku wysokooktanowego. Teraz trzeba coś zjeść. Poszliśmy pod wiatę gdzie jeszcze tliły się jakieś resztki żaru po wieczornej biesiadzie, próbowaliśmy to rozdmuchać, ale odpuściliśmy kiedy wyszło z tego więcej dymu niż ognia. Nie będziemy robić zadymy, zjemy na zimno to co nam zostało. Wróciliśmy więc do naszego apartamentu i zaczęliśmy przygotowania do drugiej kolacji. W pewnym momencie usłyszeliśmy pukanie i kroki. Drewniana podłoga, swoim skrzypieniem uginających się desek, nie dawała żadnych szans ewentualnym złodziejom. To nasz gospodarz.
– Przepraszam chłopaki, moja żona zaprasza na kolację.
– Co? – patrzymy na siebie jak durnie
– No na kolację, na pewno jesteście głodni, jesteście zmęczeni, musicie coś zjeść, napić się ciepłej herbaty, chodźcie.
– Nieee. To znaczy, bardzo dziękujemy, ale naprawdę nie chcemy robić kłopotu, jest już grubo po północy, i tak już bardzo dużo dla nas zrobiliście.
– Nie ma o czym mówić, ogarnijcie się i chodźcie, ja bym z moją żoną nie dyskutował na waszym miejscu…�
Nie było wyjścia, idziemy, ale jest nam naprawdę dość niezręcznie, tym bardziej że naprawdę nie chcemy robić kłopotu, jesteśmy wdzięczni za to co już dla nas zrobili. Dochodzimy na miejsce – szok… Stolik na werandzie zastawiony do pełna – herbata, wino, szklanki, wielki talerz z kanapkami, ze wszystkim co widać mieli – ser, wędlina, jakaś wędzonka… Uśmiechnięta gospodyni zaprasza do stołu serdecznym gestem, nasze zakłopotanie sięga zenitu. Teraz odmówić, to byłoby obraźliwe, nie możemy, tym bardziej że ciepła herbata kusi, a kanapki pachną świeżym chlebem i wędzonką. Siadamy, obaj żałujemy że nie mamy nic dla nich, żadnego nawet drobiazgu z naszego kraju, nie ma co, słabo się przygotowaliśmy do tej eskapady. Oni widać że mimo tego że mają niewiele, podzielili się z nami wszystkim. Zaczynamy jeść, pić i rozmawiać, gospodarze opowiadają nam kim są, że mieszkają we Lwowie, tutaj przyjeżdżają co roku, najpierw przyjeżdżali sami, potem z dziećmi, teraz już z dziećmi i wnukami. Wspaniali ludzie, przecudowni. Normalni, prości, serdeczni, otwarci. Wypytują nas co robimy w Polsce, gdzie mieszkamy, czym się zajmujemy, dokąd jedziemy jutro. Wieczór mija, siedzi się bardzo przyjemnie, z każdą szklaneczką wina przyjemniej. Na szczęście w całej tej euforii zachowujemy resztki zdrowego rozsądku, dziękujemy raz jeszcze za wszystko i odmeldowujemy się. W naszej sali bilardowej, dopijamy ostatnie kilka kieliszków gorzałki która nam została, nie przestając rozmawiać o tym co się dziś wydarzyło i co dla nas zrobili nasi wybawiciele. Zasypiamy jak dzieci.
Rano, kiedy tylko siadamy na ławce, żeby zjeść śniadanie, zjawia się nasz wybawiciel, oznajmia że jak tylko zjemy, pokaże nam gdzie możemy się wykąpać w potoku. Chętnie na to przystajemy. Po śniadaniu idziemy posłusznie za nim, okazuje się że potok jest o rzut kamieniem od naszego ośrodka. Fajne miejsce, piękny potok, czysta woda, z kamieni ułożone „wanny”. Woda tak lodowata, że zajmuje nam sporo czasu, aby się przełamać, nasz gospodarz robi to jakby nigdy nie robił nic innego. Rześka kąpiel stawia szybko na nogi, zmęczenie znika, obolałe gnaty i obite mięśnie po wczorajszych upadkach bolą jakby mniej. Wracamy do obozu, powoli pakujemy się, regulujemy u mnie sprzęgło, naprawiamy gniazdo ładowarki, które koniec końców okazuje się nie być zepsute. Właścicielowi ośrodka, który właśnie przyjechał, dziękujemy za możliwość noclegu i przepraszamy że odbyło się to w taki sposób. Przy okazji dowiadujemy się że nieopodal jest normalna droga na jeden ze szczytów, z którego dalej normalną droga można jechać szczytami kilkadziesiąt kilometrów… Cóż… Frajerskie trzeba zapłacić… Przed odjazdem dostajemy od naszych wybawców numer telefonu na kartce (nadal ją mam), z poleceniem że jeśli kiedyś będziemy we Lwowie, koniecznie musimy zadzwonić i ich odwiedzić. Wiemy że to nie są tylko kurtuazyjne, czcze zaproszenia. Żegnamy się jak rodzina, jakbyśmy się znali od zawsze i ruszamy…
Ciąg dalszy niebawem…
Basior

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *