Ukraina 2016 , część 5 – Zniszczenie…

Podobno, kiedy wyjeżdżaliśmy z miejsca obozu nad Stryjem, to zaliczyłem widowiskową glebę na trawiastym podjeździe, co dziwne, zupełnie tego nie pamiętam, ale skoro Szary twierdzi że tak było, to tak było, nie ma sensu drążyć tematu. Ponoć też Szary pomagając mi podnieść powiedział – „No! Wreszcie mamy to za sobą!”… Ten dzień pokaże, jak bardzo się mylił…��Ciśniemy w stronę gór, planeta na niebie leje na nas żar wiadrami, jedziemy fajną szutrową drogą w dolinie, mijamy ciche, małe wioseczki, po prawej i lewej piękne zielone wzgórza, no raj po prostu. W wiosce Podhorodce stajemy w cieniu nad rzeczką o szumnie brzmiącej nazwie Urychanka, cykamy kilka fotek na mostku,

 

ja oczywiście wypatruję ryby w krystalicznie czystej wodzie, jest przyjemnie. No ale – dla przyjemności tu nie przyjechaliśmy, połoniny czekają, więc… W drogę! W zasadzie cały czas kierujemy się w stronę gór, jadąc wzdłuż Stryja. Kawałek za Korczynem wjeżdżamy na E50, piękny równiutki asfalt, nie powiem, miła odmiana. W okolicach Skolskiego zaczyna się Park Narodowy „Beskidy Skolskie”, góry są wyższe, bardziej strome, tu i ówdzie z morza zieleni wyłaniają się nagie skałki.��Co jakiś czas napotykamy na asfalcie strzałki, świeżo namalowane, na wszystkich skrzyżowaniach i rozwidleniach. Ki diabeł? Kawałek za kolejnym rozwidleniem zagadka się rozwiązuje – mijamy dwóch miejscowych motocyklistów, jeden na Goldasie, czy jakimś innym wielkim kredensie, muza na full, stoją za skrzyżowaniem, jeden z nich maluje na asfalcie owe strzałki, pozdrawiamy, jedziemy dalej. Podziwiając piękne okoliczności przyrody, nie rozpędzamy się zbytnio, nagle wyprzedza nas dyskoteka na kołach. My ich z kolei mijamy za kolejnym rozwidleniem, potem oni nas w czasie jazdy i tak dojeżdżamy do Sławska. Tam na skrzyżowaniu stanęliśmy w cieniu, na łyk kwasu. Podjeżdżają dwaj dzisiejsi malarze asfaltu i znów kreślą piękne strzałki akurat w stronę w którą jedziemy. Podchodzą do nas:

– Cześć chłopaki, do nas jedziecie?
– Nie wiemy, to znaczy gdzie?
– No do Zahar Berkut, na zlot.
– Na jaki zlot?
– No ten co organizujemy, jesteśmy z klubu Lions Lwów, organizujemy międzynarodowy zlot, będzie ponad dwa tysiące motocykli.
– Nie, nie planowaliśmy, chcemy wjechać na Wysoki Wierch.
– Uuuuu… To jedźcie za nami, pokażemy Wam jak i którędy wjechać, ja zajmuję się organizacją rajdów offroadowych jeepami, pokaże Wam drogę.

No to pojechaliśmy za nimi, po kilku kilometrach dojechaliśmy do czegoś na kształt nie wiem, takiego centrum knajpek, wypożyczalni nart, parkingów, kiosków z pamiątkami i innych takich. Takie typowe centrum pod stokiem. Tak, bo to jest stok. Normalny stok narciarski z wyciągiem. Nawet dwoma, jeden tak do trzech czwartych, tam przesiadka i drugi bardziej stromy na sam szczyt. I my tam mieliśmy wjechać. Na motocyklach. Obładowanych jak pakistańskie autobusy i tak jak one ciężkich. Zabiję go. Zabiję Szarego. Ale jeszcze nie dziś, jak wrócimy do kraju. �
Jedyna sensowna droga to techniczna droga do obsługi wyciągów, taka biegnąca pod wyciągami narciarskimi. No ale z uwagi na odbywający się zlot, cały wjazd i dolny odcinek tej drogi był nieczynny, bo urządzono tam tor do pokazów trialowych, nie wjedziemy. Druga opcja wymyślona przez Szarego – wjedziemy trasą zjazdową. Ok, posuwamy się powolutku pomiędzy ludźmi, alejką między kioskami. O dziwo nikt nie krzyczy, nie macha łapami, nie wyzywa, nie grozi policją. Dojeżdżamy do miejsca startu, naradzamy się jak zacząć a tu nagle szzzzzzu! Obok przelatuje koleś na rowerze downhillowym. Za chwilę drugi, trzeci, czwarty! Stoimy i czekamy. Nie ma na co, co chwila z dziury w krzakach którą my mieliśmy wjechać wylatuje kolejny samobójca. Nie ma opcji, żadnych, najmniejszych szans na to, żebyśmy się nie spotkali z którymś z nich twarzą w twarz jeśli spróbujemy tędy wjechać. To będzie jak spotkanie komara z kaskiem, tylko takiego kilkudziesięciokilogramowego. Trudno, Szary szuka innej trasy na wjazd, znalazł, zawracamy w tył na lewo i jedziemy tak jak przyjechaliśmy. Za jakiś czas odbijamy z szosy w prawo i pniemy się dość stromym podjazdem między domami, przejeżdżamy te zabudowania, coś jest nie tak, droga zdaje się kończyć, Szary sprawdza mapę, to nie ta droga, nasza jest kawałek dalej, więc znów w tył na lewo. Znajdujemy właściwą drogę odbijającą od szosy i pniemy się w górę.

 

Fajnie jest, trochę stromo, trochę nie, trochę kamyków, dojeżdżamy do pięknej polany z małym laskiem, stajemy na chwilę.
– Ale miejscówka co?
– Nooo, pięknie! Widok bajka, idealnie byłoby się tu zadekować na noc.
– Tak zrobimy! Wjedziemy na szczyt i sobie wrócimy tędy, zjedziemy do Sławska po zakupy i wrócimy się tu rozbić, na luzie zdążymy przed zmrokiem.

Pniemy się coraz wyżej, droga zaczyna się trochę zmieniać, koleiny coraz głębsze, kamyki coraz większe, ale jeszcze jest luz, odrobina balansu na stojąco i da się wbić na kolejne wzniesienie. Tutaj to dopiero jest pięknie, jak okiem sięgnąć łąki, w dole jakieś zabudowania, serce rozpiera błogostan, uniesienie, coś… Ciężko nawet nazwać to uczucie, po prostu jest nieziemsko! W oddali widzimy ścianę lasu, to tam jedziemy, i tym lasem prościutko na szczyt. Kurde, pykniemy to szybciutko, wydaje się blisko, a tam ze szczytu, to dopiero będą widoki! Dojeżdżamy do lasu, droga prowadzi w lewo, tak jakby skrajem lasu, w zasadzie nie pod górę tylko trawersem. Zaczynają się kałuże i zaczyna się ona…

 

Ukraińska plastelina…

Tak ją nazwałem. To nie jest błoto, coś jakby glina, ale bardziej plastyczna, klejąca się do wszystkiego i śliska jak sto diabłów. Do tego zaczyna mżyć. Robi się wesoło. Pojedyncze kałuże zaczynają się zamieniać w jeden ciąg, przerywany tylko czasem kawałkiem bez kałuży. Czuję że kompletnie nie panuję nam swoją krową, proszę Szarego o pomoc, najgorsze kawałki przejeżdża swoją, potem moją, nawet on ma z nią problem, no ale mniejszy niż ja, bo jest większy ode mnie, dużo większy, dużo silniejszy i dużo lepiej jeździ. No ale nic to, droga się normuje troszkę, kałuże się kończą, ufff, mamy to za sobą, super!
Jednak nie…

 

 

W pewnym momencie dojeżdżamy do miejsca, gdzie jest skręt 90 stopni w prawo, nachylenie jakieś 45 stopni, ten podjazd ma kilka metrów, może pięć, ale w połowie jest w poprzek wkopana wielkiej średnicy rura, chyba po to żeby deszcze nie zmyły drogi, a zaraz za szczytem tego podjazdu jest kałuża, taka kilka metrów długości, szeroka od krzaków do krzaków, ominąć się nie da, nie wiadomo jak jest głęboka i nie wiadomo co jest na dnie. Znajduję jakiś konar, badam głębokość, tragedii nie ma, obieramy taktykę jak to przejechać. Najgorsze jest to że nie ma jak się rozpędzić, bo droga skręca pod kątem prostym a niżej jest zbocze i las. Ja ustawiam się na górze z aparatem, muszę mieć te ujęcia, Szary rusza. Najpierw swoją. Pełen ogień! Samo szczyt tego podjazdu pokonuje oczywiście na kole, przód wyleciał w górę, ląduje w najgłębszym miejscu bajora, będzie fajna fota!

 

Potem wraca po moją i atakuje drugą stroną, wcale nie jest płycej, znów fajna fota! Ufff… Mamy to za sobą, super!
Jednak nie… Dopiero teraz zaczyna się ono. Zaczyna się zniszczenie… Ten podjazd, ten próg, to były wrota piekieł, po ich przekroczeniu nie ma już odwrotu, jest tylko jedna droga, na szczyt. Szary zorientował się że na mapach to już nie jest droga, tylko czarny szlak turystyczny. Pieszy…Posuwamy się powoli do przodu, na różne sposoby. Zaczyna być cholernie stromo, cholernie ślisko, koleiny są tak głębokie, że gdybyśmy byli cycatymi GS-ami, to by tam zostały i spłynęły dopiero na wiosnę razem z roztopami. Jest ciężko, cholernie ciężko.

 

Najgorsze nie są koleiny, glina, czy kamienie, najgorsze są korzenie w poprzek drogi. Tworzą stopnie wyższe niż połowa koła, wspólnymi siłami wrzucamy przednie koło motocykla na górę, tylne nie ma szans, próbujemy się wdrapać na biegu, koło mieli, korzeń się dymi, dół się powiększa, nie ma szans. Ciężko jest mi to opisać, opowiedzieć co tam się działo, na tym podjeździe. Momentami stromizna była taka, że stojąc na nogach, wbijaliśmy buty w tę glinę jak narty w poprzek stoku, a i tak nie dało się ustać, zjeżdżaliśmy w dół, trzeba było kucać, klękać i pomagać sobie rękoma żeby nie zjechać za daleko. Krótkie momenty podjazdów na kołach skutkowały glebami, tyloma że przestaliśmy liczyć, na szczęście obaj umiemy to robić dość dobrze, ja w sumie już jestem wirtuozem gleby, trzeba wiedzieć że jak ćwierćtonowy kloc zaczyna się walić, to nie wolno próbować go zatrzymać, trzeba odskakiwać, nie łapać, nie podpierać, odbić się z podnóżków i kiery, byle jak najdalej. Jedyne co się może stać to połamane plastiki, klamki czy lusterka (swoje odkręciłem na dole, przed tym piekłem), a próby utrzymania moto w pionie mogą skończyć się połamaną nogą, a to kończy nam wakacje życia… Za każdym razem ten sam scenariusz – zdejmowanie bagaży, podnoszenie gruza, zakładanie bagaży, kilka, kilkadziesiąt metrów jazdy, gleba i tak w kółko, do zerzygania. Wreszcie dojechaliśmy do punktu, na którym stanęliśmy na dobre. Korzenie co pół metra w taki sposób że moto zapierało się przednim kołem o jeden, tylnim o drugi, wysokość tych schodów ponad ośkę. Kaplica. Nie ma szans, nie wjedziemy dalej. Najgorsze jest to, że też nie zjedziemy, nie da się zjechać tak, żeby się nie połamać, nie ma takiej opcji. Dobra, mamy przecież linę! Wiążemy za półkę, ja wdrapuję się w górę, owiązuję wokół drzewa, zapieram się, Szary zjeżdża kilka metrów w dół, bierze rozpęd i ogień! Pnie się górę jakimś cudem przeskakując te progi, ja wybieram linę, kiedy on glebi ja przeskakuję naokoło drzewa i blokuję linę z całej siły, żeby moto nie zsunęło się w dół. I tak kilka razy… Obydwoma… Jest gorąco i mży, wilgotność jak w amazońskiej dżungli, kończy nam się woda, jesteśmy wyczerpani, nie zmęczeni tylko wyczerpani, jest źle, bardzo źle. To tak zwana sytuacja typu k*tas. Nie możesz zrobić nic, stoisz pod ścianą. Nie możesz zawrócić, bo nie zjedziesz, nie masz siły wjechać, ale przecież musisz, tutaj nie zostaniesz, nie masz wody, nie masz jedzenia, nie ma jak się rozbić bo jest stromy las, a nawet jeśli, to jutro i tak będziesz musiał zacząć od nowa. Resztki wody lecą z nas ciurkiem, mam wrażenie że nawet paznokcie mi się pocą. Mamy poobcierane czoła od zdejmowania i zakładania kasków na spocone łby, poobcierane stopy od wspinaczki w butach nie stworzonych do tego sportu, morale, przynajmniej moje leży i kwiczy. Szlag! Na co nam to było??? Himalaiści od siedmiu boleści! Odpoczywamy co kawałek, dyszymy jak zziajane charty. Jak już wspomniałem wyżej – jest źle… No ale nic, musimy ruszać dalej, nie mamy wyjścia, na szczycie jest przecież schronisko, restauracja, to będzie piękne, usiąść sobie tam i wziąć solidny łyk zimnego piwa. Warto!
Pniemy się w górę z mozołem, coś jak żuki gnojarze, toczymy swoją kulkę gnoju, bo wiemy że musimy, nie ważne czy nam się chce, czy nie. Jakoś wyjeżdżamy z tego lasu, szlak idzie wąską ścieżką lekko w dół, nagle wyjeżdżamy na piękną polanę, widok boski, w dół połoniny, rzadko usiane domkami, w górę zalesiony szczyt, stajemy. Z naprzeciwka wychodzą z lasu z koszykami trzy kobiety, podchodzą do nas:
– Cholopaki, a gdie wy tu popadli aaaa?
– Na Wysokij Wierch jedziemy.
– Ale to tędy??? Tędy to tylko nogami, no i zimoj tięszki sprzęt w dół drewo sciąga.
– A którędy?
– No tam od drugoj starony, tam droga, samochodami wjeżdża sie normalno.
???
– No takoj!
– A jak tam dalej tędy droga?
– Aaaa, to tu porosto, patom budie rozchod – noromalno w lewo, ale tam nie jeditie, bo tam po deszach doroga zarwana, czetyre metry urwisko, musita pojechaty w parawo, tam droga troche gorsza, ale daty rady.
– Dziękujemy!
– Idite z Bohom!
– Wody panie nie macie?
– Nieee, ale jeditie tam, tam żereło jest, dobra woda, napijite sie.

No to jedziemy. Faktycznie, dojeżdżamy do rozwidlenia, jedziemy w prawo. Lekko w dół, jest nieźle, przynajmniej jest jakaś droga. Dojeżdżamy do źródełka, woda wypływa z wydrążonego pnia wkopanego w stok tak, że tworzył rynnę na wysokości jakiegoś pół metra, tak że bez trudu można nabrać do butelki czy bukłaka. Pijemy chciwie, nalewamy sobie na zapas i wspinamy się dalej. Nagle fajna droga zaczyna znów się wznosić i robić nieciekawa. Znów dojeżdżamy do miejsca gdzie Szary zaczyna wjeżdżać obydwoma motocyklami po kolei. Najpierw moją. Trzymam ją, wsiada, rusza, asekuruję go, odpycham, poszedł! Idzie jak burza! Pnie się w górę całkiem sprawnie, szybko znika za zakrętem, nagle słyszę gaaaaz, trzask i cisza…

– Szaryyyy! Wszystko ok???
– Ok, ok, ale choooodź!

Szlag! Nie jest ok! Biegnę, nie daję rady, brakuje mi oddechu, widzę mroczki przed oczami, dysze jak parowóz, nogi są jak z ołowiu. Chcę biec, ale nie mogę! Jednak zjawisko odwodnienia naprawdę istnieje…

– Seeeeb! Nie biegnij! Wszystko ok, ale chodź. Nie biegnij, idź, nic mi nie jest.
– Napewno???
– Tak!

Więc idę, wychodzę za zakręt i już widzę że nie jest dobrze. Pomiędzy koleinami po kolana, ten garb na środku jest mocno pochylony, prawa koleina przechodzi w skarpę. Na tej skarpie leży Szary, moja Teresa leży na nim, do góry kołami, benzyna leje się na niego przez korek, on nie może się ruszyć. Próbuję ją podnieść normalnie – nie ma szans. Dopiero zaparcie się o skarpę i na trzy – czteeeery obaj i udało się lekko ją ruszyć. Szary wyczołgał się, została noga, próbuje ją wyszarpać, ja szarpię rytmicznie moto, nagle Szary mówi że stop, bo coś mu chrupnęło w kolanie… Szlag! Co jeszcze!!!??? Finalnie jakoś się udało, jedyna strata to boczek tylni z mojego motocykla, został gdzieś tam, dopiero później się zorientowałem. Trudno, straty muszą być, kiedyś po niego wrócę! Jakimś cudem dostajemy się do końca tej mordęgi, do dolnej stacji górnego wyciągu narciarskiego. Tam stróż. Podziwia motocykle, nie może się nadziwić naszej głupocie. Fajnie, on wszystko rozumie, że to taki sport, że taka forma odpoczynku, że chcemy sobie wjechać na szczyt, potem dalej połoninami sobie pojechać, wszystko super, wielu tak robi na motocyklach, wielu wjeżdża na szczyt… Ale żaden tą drogą… No nic to, jedziemy ostatni odcinek, tu już byliśmy powyżej drzew, już tylko połonina, trawa, lekka glina, ja oczywiście wypieprzam taką glebę na banalnym w porównaniu z poprzednimi odcinku, że sam się sobie dziwię! Jestem tak wściekły na tą krowę, że wychodzę spod niej w sekundę, klnę na czym świat stoi, szczęściem nie mam siekiery, bo bym francę porąbał tam pod tym szczytem, a z moim temperamentem to jeszcze zatańczyłbym na jej truchle! Normalna procedura, upadła tak pechowo że trzeba było rozkulbaczyć, we dwóch podnieść, znów przytroczyć torbę… Ruszamy. Dojeżdżamy do takiego płaskiego odcinka, stajemy, przed nami może pięćset metrów, trochę płaskiego, końcówka stroma, ale wysypana żużlem, wjedziemy. Nagle coś słyszymy… Yyyyyyyyyyyyynnnnn… Z prawej z dołu wyłania się pojazd… Jedzie sobie dróżką jakby nigdy nic. We dwóch, w obłokach dwusuwowego dymu, dziarsko kieruje się na szczyt jakiś tubylczy piździk. We dwóch! Rozumiecie to??? Ten stromy podjazd – yyyyyyyyyyy, yyyyyyy, yyyyyyynynynyn! Redukcja i yyyyyyyyyyyy! Wjechali sobie jakby to robili codziennie. Pewnie robili… Wiedzieli którędy. No nic. Jeszcze tylko kawałek, tylko włos nas dzieli od wybawienia. Szczyt. Schronisko. Restauracja! Jesteśmy uratowani! Hahahahaha!!! Choćbyśmy mieli je tam wnieść, w częściach, to teraz już damy radę!
Wjeżdżamy! Schronisko jest, knajpa jest, drewniane ławy, stoły! Wszystko jest! Tyle że… Zamknięte… Zamknięte na głucho! Jest tylko stróż. Nie ma kluczy do restauracji ani schroniska, nie ma nic do jedzenia żeby się z nami podzielić. Jesteśmy ugotowani… Jesteśmy tak wykończeni że nie da się tego opisać. Ja nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony fizycznie i złamany psychicznie. Ta góra nas przeżuła i wypluła, a teraz jeszcze przydepnęła.Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Nie mamy jedzenia, nie mamy picia, nie mamy siły żeby się rozbijać, a bez jedzenia rano będzie tylko gorzej. Musimy zjechać w dół, do jakiejś cywilizacji. Musimy, nie ma innego wyjścia. Jedyną nagrodą dla nas było to, że po siedmiu godzinach walki, udało nam się zdobyć ten pieprzony szczyt akurat o zachodzie słońca… Ten widok był jedyną rzeczą która choć w niewielkiej części wynagrodziła nam tę walkę. Ja osobiście nigdy w życiu nie byłem na żadnym szczycie żadnej góry o zachodzie słońca. Patrzysz na inne szczyty nie w górę, tylko w dół, ewentualnie na wprost… Nie da się tego opisać słowami, nawet zdjęcia nie oddają tego w pełni, to trzeba po prostu chociaż raz w życiu przeżyć…

 

Kolejny odcinek już wkrótce…

Basior��

Poniżej link do mapki z tego odcinka.

https://www.google.com/maps/d/viewer…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *