Ukraina 2016 – część 4 – Rybnik, Sopot i wizyta u Stryja…

No więc ruszyliśmy z Gródka na południe, oby jak najdalej dziś dojechać, jak najbliżej tego po co tu przyjechaliśmy – dzikich Karpat. Droga mija szybko, bo i jedziemy szybko, na tyle szybko na ile się da. Na szutrach pełen ogień, najgorsze były odcinki „asfaltu”. Przy czym należy wyraźnie zaznaczyć, że większość asfaltów tam dość znacząco różni się od znanego nam pojęcia asfaltu. Wszystkim którzy narzekają na nasze drogi, polecam wycieczkę na Ukrainie. Fakt, tam nie ma dziur, tam są wyrwy. Wyrwy w resztkach asfaltu, poprzetykane tu i ówdzie kawałkami szuterku. Czasem jechaliśmy poboczem, było szybciej i bezpieczniej. Te wyrwy w asfalcie są naprawdę niebezpieczne, potrafią mieć głębokość połowy koła i długość taką że akurat wystarczy żeby polecieć na ryj z wielkim hukiem i zakończyć swoje wakacje życia, dlatego łapa z manety kochani, szkoda gnatów.

Niczym ciekawym nie niepokojeni dojeżdżamy do Drohobycza. Dość duże miasto, droga przez miasto nawet ok. Wyjeżdżamy z miasta, po lewej stronie wyjeżdżając na południe, w kierunku na Borysław mijamy jakieś stare zakłady, duże, coś jak nie wiem – rafineria czy coś podobnego. Wszystko zamknięte na głucho, zdewastowane, trawa i krzaki rosnące na dachach hal, rdza, syf i bałagan, budynki straszą pustymi oczodołami okien. Stanęliśmy. Zrobiło to na nas (przynajmniej na mnie) bardzo przygnębiające wrażenie. Pomyślałem sobie, że straszna tu bieda, że my narzekamy, a nie powinniśmy. To pewnie był jedyny duży zakład w mieście. Skończyła się rosyjska „pomoc”, wyssali z tej ziemi i tych ludzi wszystko co się dało i poszli. Zostawiając to samo co wszędzie gdzie „pomagali”. No ale cóż, tak już chyba jest na tym świecie. To był chyba najgorszy odcinek „cywilizowanej” drogi jaką jechaliśmy podczas tej wyprawy. To nawet nie były wyrwy, to był poligon. Dziur było więcej niż powierzchni płaskiej, prędkość trzeba było zredukować drastycznie, nie było gdzie uciekać czy omijać. Nagle patrzymy, z przeciwka jedzie autobus. Normalny ichni pekaes. W sumie nic nadzwyczajnego, nadzwyczajna była prędkość – wyższa niż nasza. Kiedy przejeżdżał obok, kątem oka można było zauważyć głowy pasażerów, podskakujące jak buraki w wozie drabiniastym. Śmieszne. Nie mam pojęcia jak to wytrzymują, pasażerowie, kierowcy i sprzęt. Cóż… Ukraina…
Przelatujemy przez Schodnicę, coś jak nasze Zakopane, może Bukowina bardziej, już jesteśmy u podnóża Karpat. Wreszcie! Już jest pięknie, nic się nie liczy, najważniejsze jest to że już tu jesteśmy! Do tej pory były tylko plany, marzenia, wyobrażenia. A teraz? Jesteśmy tu! To niesamowite uczucie, pamiętam je do dziś. Nie wiem co musiałoby się zdarzyć żeby odebrać nam radość z tej chwili. Do tego pogoda piękna, słońce, nie za gorąco, cudnie. Stajemy na moście nad rzeką Stryj. Jest ekstra. Jakaś fotka, łyk kwasu, papierosek… Pekaesik… Jest już trochę późno, czas rozejrzeć się za jakimś miejscem na nocleg. W sumie nie mamy planu, mamy namiot, możemy też przekimać gdzieś na kwaterze, bo hotelu tu raczej nie znajdziemy, chociaż kto wie? Dojeżdżamy do Rybnika, tak, tak jak ten u nas na Śląsku, tyle że milion razy mniejszy, wiocha, po prostu wiocha. Znajdujemy sklep, którym jest zwykła chatka, przechodzi się przez kładkę nad rowem którym płynie strumyczek. W chatce duży piec kaflowy, marna lada, stół, coś jak w pokoju, za stołem siedzi dziadek, na przeciwko drugi, piją winko, za ladą trzeci, pewnie im to winko sprzedał. Można? Można. Nikt nie robi afery, nikt nie dzwoni na milicję, świat się nie wali, krzywda nikomu się nie dzieje. Uśmiecham się do wszystkich, witam z nimi, pytam czy może wiedzą gdzie tu jest jakaś kwatera gdzie można spędzić noc. Ten za ladą mówi że ma wolny pokój. Możemy przenocować. Kurcze, jak tu wszystko szybko i prosto się toczy… Ok, jedziemy się przejechać gdzieś w okolicy, wrócimy na nocleg.
Jedziemy dalej, w sklepie nam powiedzieli że niedaleko jest pensjonat wypoczynkowy, jak nie chcemy u nich to możemy spróbować tam, pokazali drogę. Jedziemy tam. Pensjonat to w zasadzie dość duży, niski, rozbudowany obiekt, tyle że nieczynny, czynny chyba tylko zimą. No cóż, jedziemy dalej, pniemy się jakąś droga pod górę, śliskie kamerdolce, stromo jak diabli, w sumie nie wiemy po co tam jedziemy, więc zawracamy. Wzdłuż Stryja dojeżdżamy do Dołhe, tam znajdujemy inny pensjonat, niestety nie ma miejsc, jedziemy dalej, do następnego polskiego miasta, do Sopotu. Droga z Dołhe do Sopotu była śmieszna. Była twarda, ubity szuter, ale kałuż to było z milion, właściwie to była jedna wielka kałuża, czasem jechaliśmy z nogami zadartymi pod kierownicę, co skutkowało ograniczeniem panowania nad motocyklem i nie raz dostaliśmy w pysk wierzbową witką. Zadziwiające jest to, że otwór w kasku jest relatywnie mały, a taka gałązka czy inny kamyczek zawsze trafi cię prosto w ryj. Jak one to robią? W Sopocie przebijamy się znów przez most na Stryju, następna miejscowość to Podhorodce. Ładnie tu, z każdej strony góry, obok wije się rzeka, malowniczo. Kierujemy się w stronę noclegu, następna miejscowość to mijana już przez nas dziś Schodnica. Tam kręcimy się trochę, Znajdujemy jakiś hotel, na dole restauracja, wygląda fajnie. Tyle że towarzystwo w restauracji trochę nie teges, znaczy za eleganckie. Nic to, idę zapytam.

 

Ładuję się w ugnojonych ciuchach, ubłoconych buciorach do środka, pytam o cenę noclegu, obracam się, wychodzę, robię minę do Szarego, widzi, odpala, odjeżdżamy. Tak w telegraficznym skrócie. Nie ma się co rozwodzić nad ceną jaką usłyszałem, była za wysoka jak na nasze wilcze łapy, jakieś sto razy za wysoka. Szukamy stacji benzynowej, tankujemy, potem sklep, coś jak nasza Biedronka. W środku nie tak jak u nas. Towar w pierwszym szeregu na półkach, drugi szereg i reszta – puste. Kupuję najpotrzebniejsze rzeczy, jedzenie, picie, płacę, uśmiecham się, wychodzę. Na zewnątrz dochodzimy do wniosku, że w sumie wszystko mamy co trzeba, śpimy pod namiotem. Szary prowadzi gdzieś w okolicę rzeki. Pierwszy trop pusty, dojeżdżamy do bramy czyjegoś podwórka – już tradycja. Zawracamy, Szary chwycił właściwy trop, ledwo za nim nadążam, ściemnia się. Rzutem na taśmę trafiamy na miejscówkę jak z folderu. Folderu dla włóczęgów. Jakieś 30 kroków do rzeki, na drugim brzegu las na wzgórzu, piękna polana, okolona młodymi drzewami, osłonięta od wiatru i wścibskich oczu z każdej strony. Miejsce po czyimś ognisku. Bajka, lepiej nie będzie, tym bardziej że już zmierzcha, zostajemy! Gasimy silniki i… Cisza… Cisza taka, że aż dzwoni w uszach. Słychać tylko świerszcze, szum rzeki zza drzew i jakieś spóźnione ptaki. Jest magicznie. Na szybko rozjuczamy wierzchowce. Podział ról jak zawsze, ja rozpalam ognisko i zajmuję się przygotowaniem jedzenia, Szary rozbija namiot.
– Basior, w ziemi jest pełno jakichś dziurek.
– Pewnie po dżdżownicach.
– Aaaa, to spoko.

Wieszamy bieliznę termo na motocyklach, niech się przewietrzy, przecież jutro trzeba ją ubrać. Ogień już się pali, szykuję jedzenie, na kolację będzie fasola w sosie pomidorowym, okraszona „Jałowicziną”.

 

Wiecie co to jest jałowiczina? Mięso z jałówki, czyli z krowy – dziewicy. Tak, wszędzie w cywilizowanym świecie możecie zjeść wołowinę włoską, hiszpańską, szkocką czy chilijską. Ale wołowinę z krowy dziewicy – tylko na Ukrainie! Byliśmy zmęczeni, głodni, smakowało nam bardzo, do tego Ukraińska wódeczka smakowała jak nektar bogów. Cisza… Raj… Ciężko opisać co się w takiej chwili czuje. Każdy włóczęga zna ten stan, to uczucie. Uczucie że nawet jeśli nie dojedziesz do wcześniej założonego celu, to etap w którym właśnie się znalazłeś wystarczy. Nawet gdyby twoja podróż miała się zakończyć tu i teraz, to nie będzie żalu, możesz zawrócić i wracać do domu, może trafić cię piorun i spalić na wiór, może wyjść spod ziemi potwór i cię zeżreć, to nic… Nie ma to żadnego znaczenia. Czujesz się spełniony. Szczęście wylewa ci się uszami. Każdemu życzę takiego uczucia, chociaż raz w życiu.

Rano wstajemy prawie z ptakami, prawie, bo to one budzą nas, nie my je. Odkrywamy że zaraz obok jest ruina spalonego baraku, widocznie spłonęła czyjaś „dacza”. Ostała się jednak drewniana wiata ze stołem i ławką. Paradoks. Podział obowiązków jak zwykle, ja ogarniam śniadanie, Szary ogarnia trochę obóz. Śniadanie jemy pod wiatą.

Świetna miejscówka, na mapce do której link umieszczę pod spodem, znajdziecie ją bez trudu, polecamy szczerze. Idziemy się umyć do rzeki. Woda jest mętna, zimna jak lód, dno kamieniste i śliskie. Ogólnie niezbyt. Tymczasem znów to uczucie.

 

Euforia….

 

Całe zmęczenie ostatnich dni odpływa z nurtem rzeki, siedzisz w tej burej po ostatnich deszczach wodzie po szyję, ciało ci kostnieje, a mimo to chce cie się krzyczeć z radości, śmiać w głos, a kto lubi, to kląć jak szewc. My robimy wszystkie z tych rzeczy. Wspaniałe uczucie!
Wracamy do obozowiska, zaczynamy się pakować, Szary postanawia sprawdzić stan oleju, w tym celu musi rozgrzać silnik. Odpala. Dum dum dum dum… Singiel dudni miarowo. Ziemia drży. Bzz.. Bzzzz… Bzzzzz….. Milion bzzzzz… Okazuje się że te wczorajsze dziurki w ziemi, dziś okazały się wejściami do gigantycznego podziemnego gniazda os, które teraz zbudzone drżeniem ziemi od pracującego silnika zaczęły masową ewakuację. Szybko zgasiliśmy silnik, spakowaliśmy się na tyle sprawnie na ile to było możliwe żeby nie rozwścieczyć wściekłych owadów i dzida!…

Morał tego odcinka – nigdy nie rozbijaj namiotu na dziurach w ziemi, a jeśli jednak to zrobisz, to nigdy rano nie odpalaj zanim się spakujesz…

Drugi morał – przesłanie z mojego kubka, który dostałem od przyjaciół na urodziny – „Życie nie musi być doskonałe, żeby było wspaniałe…”

Link do mapki z tego dnia https://www.google.com/maps/d/viewer…

Do następnego!

Basior

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *