Ukraina 2016 – część druga – Kamil.. i Stary Bank

Odcinek drugi…

Kamil. Kamil i Stary Bank.

Kamil, słowo klucz. Imię klucz. Człowiek klucz.

Jak już napisałem, dojechaliśmy do granicy około 22. Szary poprowadził tak, że z tego co pamiętam, praktycznie nie wjechaliśmy do miasta. Jechaliśmy jakimiś opłotkami i nagle… Sznur aut. Myślę sobie (bo jak wcześniej zauważyłem, łeb pod kaskiem rządzi się swoimi prawami) pewnie jakiś przejazd kolejowy, bo przecież nie widziałem tablicy z napisem „Hrebenne”, więc to pewnie nie do granicy. Naiwniak. To była kolejka do granicy właśnie. Stanęliśmy, krótka rozkminka, ja że bardziej bezczelny, prowadzę, cóż, najwyżej mnie ktoś zdejmie z motocykla drzwiami. Jest włóczęga, wszystko jest przygodą. Jedyneczka. Pyr pyr pyr pyr… Tak sobie pyrkamy, raz z lewej strony sznurka aut, raz z drugiej. Nikt mi drzwiami w ryj nie trzasnął, jest git. Dopyrkaliśmy do szlabanu prawie, prawie, bo go już widzieliśmy, ale nie wiedzieć czemu, zboczyłem w lewo, na taki jakby parking, żeby się naradzić i coś zdecydować. Dla prawdziwych „advenczerów” to rzecz niepojęta, ale dla nas – normalny przerywnik.

No i teraz… Kamil…

Stoimy, dumamy, gadamy, rozkminiamy… Fajeczka, uśmiech, radość że to już, że już napotykamy pierwszy problem… To jest właśnie to! To jest ten stan! Stan „bycia w podróży”!

– Cześć chłopaki
– Cześć (bujaj się)
– Gdzie jedziecie?
– Na Ukrainę. (a co cię to?)
– Pomogę Wam przejechać granicę.
– Serio? Dzięki! (bujaj się)

To jest właśnie przesłanie tego odcinka tej opowieści – nigdy nie skreślajcie Kamila!!! Może mieć na imię Zenek, Zdzichu, albo inny Stefan. Nie skreślajcie go! Nie każdy kto do was podejdzie, chce wam coś sprzedać, albo w jakiś inny sposób wydoić was na kasę. Motocykliści naprawdę wzbudzają w ludziach dziwne reakcje, często pozytywne, często kiedy się tego najmniej spodziewamy.
Kamil jest polakiem, mieszkającym od kilku lat we Lwowie. Pracuje zdalnie w Europie, wydaje na Ukrainie. Żyje na dość wysokim poziomie, ma jakieś mieszkania które wynajmuje turystom, jeździ sporo po świecie i takie tam. Właśnie wrócił z jakiejś wycieczki, czekał po polskiej stronie granicy na kumpla który miał po niego przyjechać… Skuterem. Dlaczego skuterem? Ano dlatego że na tym przejściu ruchu pieszego jako takiego nie ma, samochody stoją w kilkugodzinnym ogonku, a jednoślady – nie stoją. Postaliśmy, pogadaliśmy, podjeżdża ten jego koleżka, Kamil poszedł do zajazdu, przyszedł z dwiema wielkimi walizami na kółkach, wsiadł na ten skuterek za kumplem, walizki na kółkach po obu stronach i pyrkają sobie do przejścia powolutku – my za nimi.
Procedura przejścia po stronie polskiej jest dość prosta, jasna i przejrzysta. No i wszyscy mówią po polsku, więc problemu generalnie nie ma. Podjeżdżamy do przejścia ukraińskiego. No i… Podbiega do Ciebie celnik czy tam pogranicznik i daje Ci karteczkę z numerkiem i idzie dalej… I co masz zrobić? Kamil nam wyjaśnił – tę karteczkę podajesz po kolei na wszystkich punktach kontroli, czyli kilka razy, ostatni posterunek wpuszcza cię do kraju dopiero kiedy dasz mu karteczkę ze wszystkimi stempelkami, czyli zaliczyłeś pomyślnie wszystkie etapy kontroli. W jednym z końcowych okienek pan coś tam ogląda dokumenty, coś notuje, coś wklepuje, nagle mówi że trzeba zrobić ksero paszportu. Jak ksero? No normalnie, trzeba iść do tamtego budynku i zrobić ksero. No to idziemy. Okazuje się że tam wszyscy to ksero muszą robić, drzwi się nie zamykały. Koniec końców przeszliśmy tę odprawę, Kamil nam wytłumaczył gdzie pierwsza stacja, tam tez mieliśmy sobie wymienić kasę, bo tam kurs korzystny. No ok, to jedziemy. Dojechaliśmy do stacji, normalna, cywilizowana, europejska. Procedura odwrotna niż u nas, czyli najpierw płacisz, potem lejesz, no chyba że jesteś nietutejszy i motocyklem i chcesz nalać do pełna, to pani zrobi dla ciebie wyjątek. Ale musisz się uśmiechnąć. Uśmiech to międzynarodowy język. Zsiadamy z motocykli, nagle pyk! Zgasło światło. Całkiem, na całej stacji. Pytamy czy już zamykają? Nie, po prostu prąd zniknął, to się zdarza często podobno. Kiedy wróci? Niewiadomo. No to czekamy. Na szczęście niedługo. Musimy wymienić pieniądze. Obok stacji stoi barak, taki kontener jak na budowach, tam wchodzisz, za okienkiem siedzi babcia, siedzi na zydelku, obok jakiś tapczanik, widać tam też śpi. Ukraina… Kurs był normalny, jak u nas w zasadzie, ale wymieniamy, babcia zadowolona, my też. Uśmiech. Tankujemy, idziemy płacić, kupujemy jakieś batoniki, papierosy, wódkę, coś do picia. Wychodzimy. Kurde, coś się nie zgadza. Kiedy wjeżdżasz do obcego kraju, to niby wiesz ile kosztuje ich waluta i jaki jest przelicznik, ale i tak na początku coś Ci nie pasuje. No więc coś nie pasuje. Rąbnęli się i to na swoją niekorzyść. Czytamy paragon, liczymy, sprawdzamy. No nie rąbnęli się. Takie są tam ceny, nie pamiętam ile kosztowały batoniki, ale wódeczka coś koło ośmiu złotych, taka lepsza,nazywa się Morosza, butelka z zielonym listkiem. Ukraina…
No to jedziemy do hotelu, babcia z kantoru narysowała nam mapkę, trafiliśmy bez trudu. Ale jakoś nie wzbudziło naszego zaufania, nie było czego zjeść i ogólnie jakoś tak nie teges. Dziadek coś wspominał o hotelu już w Rawie Ruskiej, nazywa się Old Bank, mówił że jest spoko. No to navi i jedziemy, miasto niedaleko. Zaczyna mżyć, luz, który to już raz dziś? Dojeżdżamy do miasta, przejeżdżamy przez nie, kończy się asfalt, zaczyna się bruk, kończy się bruk zaczynają się dziury, kończą się dziury zaczyna się nic… Navi mówi że tu, no ale gdzie jak tu nic nie ma? Kawałeczek wcześniej coś jest, ale to jakiś pałac, nie wygląda jak hotel. Podjeżdżamy, czytamy złote litery na murze, tzn. ja czytam – Staryj Bank! No jak byk! Czyli to tu!

 

 

 

Hotel wygląda jak pałac carski, taki prawdziwy pałac. Brama otwarta, wjeżdżamy na dziedziniec, parkujemy, wchodzę do środka, rozeznać się w kwestii ewentualnego noclegu, ale nadziei wielkiej nie mam, zważywszy na późną porę, naszą prezencję i standard lokalu. Wchodzę do środka – po lewej kręcone schody gdzieś na górę, po prawej wielkie zdobione drzwi, wchodzę. Sala bankietowa. Stoły zastawione na max. Talerze, kieliszki, szklanki, sztućce, świeczki, wsio! Idę dalej, druga sala, podobna, mały kontuar, za kontuarem dziewczyna, młodziutka, może 16 lat. Podchodzę i pytam czy ma jakiś wolny pokój, że dwuosobowy musi być i jakieś miejsce żebyśmy mogli się wysuszyć, bo przepraszam bardzo, ale jedziemy cały dzień i jesteśmy ciut sponiewierani. Uśmiech… Ma! Klasa! No ale pytam o cenę, żeby rano nie było zdziwienia. Podaje mi cenę, liczę w myślach, dopytuję:
– Czy to za osobę?
– Nie, za pokój.
– Ale dwuosobowy?
– Tak.
– Ale dwa osobne łóżka są?
– Taaaak – odpowiada z uśmiechem – to ja może pokażę, będzie łatwiej, a pan powie czy taki odpowiada.
– Poproszę.

Jestem święcie przekonany że za tę cenę dostaniemy pokój co najwyżej w piwnicy, ale nie, prowadzi schodami na górę, no to idę. Pierwsze piętro, na holu czerwony dywan, otwiera pierwsze drzwi, zapala światło i…

 

Apartament prezydencki! Pokój jakieś trzydzieści metrów kwadratowych, dębowy stół, skórzane fotele, duża łazienka, dwa łoża zasłane atłasem w złotym kolorze, telewizor, klima, no przepych!
– Podoba się? Może być?
– Oczywiście!
– Ona uśmiech, ja uśmiech, wszyscy zadowoleni!

 

Schodzę po Szarego, mówię że mamy pokój, rozpakowujemy się i ładujemy na górę. Po tych schodach z bambetlami jeden wielki skrzyp. Schody skrzypią, torby skrzypią, a najgłośniej to skrzypią Szarego buty. Ma takie wielkie skrzypiące buty. Szary duży, to i buty duże. Na szybko się kwaterujemy, rozkładamy łachy do suszenia, mówię że pójdę spytać, może jest szansa na cokolwiek ciepłego do zjedzenia, jesteśmy głodni, przemoczeni i przemarznięci, ciepła zupa zrobiłaby dobrą robotę. Nadziei wielkiej nie mam, bo dochodzi północ, ale cóż – spróbuję. Schodzę na dół…..

 

….podchodzę do kontuaru, nie ma jej. Ale wychodzi z kuchni i podchodzi. Uśmiech.
– Przepraszam bardzo, czy jest szansa na coś do jedzenia na ciepło?
– Tak
– A co można?
– A co byście chcieli?
– Cokolwiek, byle na ciepło. Może jakąś zupę?
– Takie chłopy i zupę? Kiedy coś jedliście ciepłego dziś?
– Przed południem, w Warszawie, kebaba.
– Hahahahaha!
– Naprawdę.
– To może jakiś normalny obiad wam zrobić? Ziemniaki, jakiś kotlet, jakąś surówkę i do tego piwo?
– Jezuuuu, byłoby cudownie, ale nie chcemy robić kłopotu i wkurzać kucharza o tej godzinie.
– Żaden problem, kucharza już nie ma, moja mama wam ugotuje. Ziemniaki chcecie gotowane czy smażone?
– A jakie będzie łatwiej?
– Smażone, bo gotowane to dłużej. Jaka surówka?
– A jaka jest?
– Jak to jaka jest? Żadnej nie ma, surówkę przecież się robi na świeżo, dlatego pytam jaką chcecie?
– Obojętnie, jaką będzie Wam łatwo zrobić…

Poszła do kuchni, ja nie dowierzam, stoję jak kretyn pośrodku pałacu, wyglądam jak łach, ale cóż, stoję, może nie żartowała? Za chwilę wychyla głowę z kuchni:
– Na co pan czeka?
– A co? Jednak nie da rady?
– No da radę, ale nie musi pan czekać, ja przyniosę do pokoju… Uśmiech.

No to co będę tak stał, poszedłem sobie. Idę po tych schodach i dumam, kiedy się obudzę? Wchodzę do pokoju, Szary już wykąpany, owinięty ręcznikiem stoi na środku pokoju, uśmiechnięty, niczym nie przymierzając – car.
– I co? Nie ma szans na koryto na ciepło?
– No są szanse właśnie, ta młoda zaraz przyniesie do pokoju?
– Jak to?
– Nie wiem, nie pytaj, nie mam pojęcia co tu się odwala.
– Ty, a ile my w ogóle za ten pokój mamy zapłacić?
– Trzy dychy na nasze.
– Jak trzy dychy? Od łba?
– Nie, za cały pokój.
– Nie walnęli się???
– Podobno nie.

Za jakieś 15 minut ktoś puku, otwieram, stoi ta chuda bidulinka z zakłopotanym uśmiechem i przeprasza że musiała tacę na chwilę na podłodze postawić bo nie dała rady zapukać z tacą w rękach. Z jaką tacą?

 

Cofnęła się, podniosła i wnosi tacę, srebrną, na niej dwa talerze, spore porcje, ziemniaczki smażone na boczku, z cebulką, dwie michy ze świeżą suróweczką, dwa piwka… Wychodzi… My na tacę, na siebie… Hahahahahaha
– A to ile kosztowało?
– 14 złotych.

Ukraina… To nie miejsce, to stan umysłu… Dla nas – raj.

Zjedliśmy, wypiliśmy i lulu, przecież rano trzeba wstać. Rano przyszło szybko, obudziło nas przepięknym słońcem. Cudnie…

 

Ciąg dalszy niebawem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *