Ukraina 2016 – część 3 – Klamka

Odcinek trzeci

Klamka

Wstaliśmy dość wcześnie, dokładnej godziny nie pamiętam, ale było wcześnie, mimo to słoneczko już pięknie grzało. Dość szybko się ogarnęliśmy i zaczęliśmy znosić bambetle po tych kręconych schodach. Wszystko odbyłoby się cicho, gdyby Szary znów nie skrzypiał butami, a tak chyba już po drugim kursie, z góry lekko speszona zerka nasza wczorajsza wybawicielka, w piżamie, zaspana, ale uśmiechnięta, pyta czy już wyjeżdżamy i czy chcemy śniadanie. Nasza odpowiedź była oczywista. Zanim wszystko upięliśmy na motocykle, śniadanie było gotowe, bez wodotrysków, ale sporo i smaczne. Zjedliśmy ze smakiem, zapłaciliśmy zostawiając sowity napiwek, należało się jak najbardziej. Na zewnątrz już w zasadzie upał, ubieramy się więc na lekko i ogień! Wczorajsza tragiczna droga, dziś w słońcu już nie była taka straszna. Fakt, tam nie ma dziur, tam są wyrwy, ale przecież po to tu przyjechaliśmy.
Tutaj już pisząc relację muszę wspomagać się mapą naszego przejazdu, do której link wkleję na końcu. Zaraz za miastem zaczyna się raj, raj dla którego tu przyjechaliśmy, szutrowy raj. Ciężko nawet to jakoś opisać czy opowiedzieć, tam trzeba po prostu pojechać.

 

 

To nie są kawałki szuterku pomiędzy asfaltami – tam nie ma asfaltów. Praktycznie nie ma, nawet pomiędzy sporymi miejscowościami są drogi szutrowe, szutry są wszędzie. Ciśniemy więc tymi szutrami, coraz szybciej, coraz szybciej, okazuje się że nie jest żadnym problemem utrzymywanie prędkości przelotowych wyższych tam na szutrach niż u nas na asfaltach – po prostu pojazdów jest mniej, nie ma bzdurnych znaków, świateł, zakazów, nakazów – drogi są dla ludzi, a nie ludzie dla dróg, zacofany kraj, nie to co my – Europa przez duże „E”. Zderzenie z inną rzeczywistością jest drastyczne.

 

Jedziesz, jedziesz i jedziesz, masz ochotę to stajesz pośrodku największego pola słonecznika jakie w życiu widziałeś. Stajesz, fajeczka, zdjęcie, kilka łyków kwasu, jest cudnie. Kwas – temat na osobną opowieść. Bardzo żałuję że u nas praktycznie go nie ma. Chyba najlepszy napój gaszący pragnienie jaki w życiu piłem…

 

Szary prowadził, przygotowywał trasę, ja jechałem za nim. W jednej wioseczce po drodze lekko się zakręciliśmy, mamy fajne zdjęcie nawigacji z tego momentu..

 

Skończyło się tak że chcąc dotrzeć do drogi, wbiliśmy się ścieżką wzdłuż płotu na podwórko jakiejś pani, podeszła do nas i tłumaczy, że w zasadzie nic się nie stało, ale przez bramkę nie przejedziemy na drogę, bo furtka za wąska, musimy zawrócić. Podwórko nie w naszym rozumieniu tego słowa. Podwórko które przecinały trzy ścieżki, od domu do furtki, od domu do obórki i od domu do wsi, ta którą przyjechaliśmy. Trawa nie poniżej kostki, tylko taka po kolana. Pewnie koszą dwa razy w roku, na siano, no bo po co kosić częściej? Jabłonie wielkie, wysokie, nigdy nie przycinane, oblepione jabłkami. Da się? Da się… Są jeszcze rejony świata w których żyją ludzie obok natury, jest cywilizacja, ale nie ma niewolnictwa. Niewolnictwa cywilizacji. Ukraina…

 

W miejscowości Zamok, stajemy pod sklepem, ja idę kupić kwas i fajki, siadamy sobie na zdezelowanej ławeczce przy zdezelowanym stoliku. Naprzeciwko pod wiatą siedzi dwóch kosiarzy, młode chłopaki, kosiarki strunowe leżą obok. Mają przerwę, oni popijają sobie kwas, siedzący z nimi, typowy pijaczek, popija wódeczkę. Coś tam mówią między sobą, w końcu najodważniejszy, czyli pijaczek, podchodzi. Nauczeni przygodą z Kamilem już się nie spinamy.

Gość coś zagaja, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, po co, jaką pojemność mają motocykle, ile pójdą i ile kosztują, czyli norma. Potem zaczynamy rozmawiać trochę o historii, to była kiedyś Polska, dlatego większość ze starszych mieszkańców tych terenów świetnie rozumie po polsku, a niektórzy też mówią. Każdy tam albo ma kogoś kto pracuje w Polsce, albo ma tam rodzinę, albo sam kiedyś był. Fajnie jest pod tym sklepem, na luzie, ziomek częstuje nas wódką, nie korzystamy, ale rozmawia się przyjemnie, swojsko, nie pamiętam kiedy u nas tak z kimś rozmawiałem, pod sklepem z ziomkiem, chyba nigdy, dziwne…
Dojeżdżamy do miasteczka Gorodok (Gródek). Nieduże, miało być miejscem tankowania, zakupu kwasu, krótkiej przerwy. Los chciał inaczej. Ruszamy spod sklepu, Szary popędził, ja ruszam, zabujało mnie, krowa przygasła na podjeździe na drogę, zabrakło nogi iiii… Jeb! Druga klasyczna parkingowa moja gleba na tym wyjeździe. Tym razem leżę pod nią, leje się na mnie wacha przez korek bo leży z górki, kątem oka patrze czy wszystko całe. Nieeee! Klamka hamulca złamana, w najgorszym miejscu z możliwych, w samym mocowaniu regulacji. Szlag by to trafił! Problemu by nie było, gdybyśmy mieli dla mnie klamkę, ale nie mieliśmy, więc problem jest i to spory. Pierwszy taki że nie mogę spod niej wyjść, jak już się wygramoliłem, to nie ma szans żebym ją podniósł, zatrzymują się jacyś kolesie Ładą, ale Szary już jest na miejscu, dźwigamy krowę, Szary tylko kiwa głową. Widzę że jest wściekły, mamy wszystkie klamki, tylko nie tę. Normalne czyli obie do niego i moja sprzęgła kosztują kilka – kilkanaście złotych, moja hamulca, jako że mam zmienioną pompę na mocniejszą od TDM, kosztuje 50-60 zł. Najpierw szkoda mi było kasy, potem jakoś olałem – „przecież nie będziemy się przewracać”… No i jest problem. Kombinujemy dłuższą chwilę żeby zamontować inną klamkę, teoretycznie się da, ale w praktyce się nie da. Co robić? Jedziemy szukać warsztatu, znaleźliśmy, nazywa się ….

DAKAR!   , bo jakże by inaczej. Ale nie pospawają tej klamki, to aluminium, nie mają sprzętu, ale chłopak zaprowadzi nas do swojego kolegi naprzeciwko, też ma warsztat, ale taki mały, garażowy, może on pomoże. Zostawiliśmy motocykle, Szary z nimi został, ja z chłopakiem idziemy do drugiego warsztatu.

 

 

Tam mnie zostawił, ten jego kolega ogląda, duma, cmoka, w końcu mówi że nie, nie pospawa, nie da rady. Ale, może jego ojciec pomoże. Woła ojca, przychodzi ojciec, duma krótko, widać że nie lubi tracić czasu, pyta skąd i dokąd jedziemy, ile mamy czasu, mówię że nie mamy czasu, to mówi że w takim razie on mnie zawiezie do swojego znajomego, który naprawia lodówki, on to naprawi. Dzwoni do niego, krótka konkretna gadka, mówi kto my, co się stało, co jest do zrobienia. Mówi mi że mam iść powiedzieć koledze że jadę z nim, a ona zaraz przyjedzie po mnie. Nie bardzo rozumiejąc całą tę sytuację, posłusznie idę powiedzieć Szaremu co i jak. Za chwilę… Podjeżdża!

Piękne, błyszczące, czerwone Żiguli, otwiera drzwi i woła – no to biegnę. Cały czas średnio pojmując co się dzieje wsiadam, ruszamy… Kurcze! To jest dopiero samochód! Gorąco, głośno, biegi zgrzytają, szofer uśmiechnięty, otwiera mi okno korbką w moich drzwiach ze swojego fotela – wyobrażacie sobie coś takiego w swoim aucie? Była już taka godzina, że z nieba lał się żar, dosłownie. Ja w spodniach moto, butach moto i bieliźnie termo czułem się średnio komfortowo. Kluczymy trochę wąskimi uliczkami, w końcu dojeżdżamy do warsztatu naprawy lodówek. Ach… Znów ciężko opowiedzieć, trzeba zobaczyć. Nie da się tego opisać. Niestety nie miałem ani telefonu, ani aparatu przy sobie, więc nie uwieczniłem tego „serwisu AGD”. Wyobraźcie sobie tylko że to był taki jakby autozłom z lodówkami, chłodniami, witrynami, zamrażarkami i innym chłodzącym sprzętem. Pod gołym niebem. Niektóre sprzęty stały tam tak długo, że „na dachu” rosła im trawa. Wszystko poprzechylane, pordzewiałe, potłuczone, no złom. Gdzieś przez środek tej plątaniny wiła się ścieżka, no to idę za moim wybawcą, oczekując że zaraz, za tą trzecią lodówką z lewej dostanę w łeb, zwłoki poćwiartują i schowają do jednej z zamrażarek i nikt mnie nigdy nie znajdzie. Ale nie. Na samym końcu tej ścieżki, dochodzimy do czegoś. Trudno to nazwać warsztatem, to było „coś”. Kilka kawałków blachy pomiędzy dachem rozpadającej się drewnianej chałupki, od dawna niezamieszkałej, a budynkiem gospodarczym tworzyło coś na kształt wiaty. Stamtąd wyszedł starszy człowiek, z brodą, siwiuteńki, w okularach, stary, ale z jakimś takim błyskiem w oku, takim „rześkim”, mądrym i doświadczonym. Rozmawiają szybko z panem który mnie tu dostarczył, majster prosi o tę klamkę, daje mu dwa elementy, mówię że na sztywno wystarczy pospawać i będzie działać.
– A tę śrubę do regulacji to masz?
– No mam.
– No to daj.
– Ale nie trzeba, wystarczy na sztywno.
– No jak na sztywno? Jak jest regulacja to musi działać.
– Ale naprawdę nie trzeba, szkoda czasu i fatygi.
– Daj tę śrubę.

Nie spieram się już, to on tu jest szpenio, a nie ja. Kierowca pyta czy pamiętam jak jechaliśmy i czy dam radę wrócić, bo on musi już jechać do pracy, a to trochę potrwa tutaj i czy może mnie zostawić? No pewnie, bez problemu wrócę, orientację w terenie jako – taką mam, nie zgubię się. Chcę zapłacić za fatygę, załatwienie fachowca i podwózkę. Nie ma nawet takiej opcji, nie ma rozmowy w ogóle! Uścisk ręki i ten międzynarodowy język – uśmiech, załatwiają sprawę… Kolejne zdziwienie tego wyjazdu, czas pokaże że nie ostatnie… Ukraina…
Majster jest mega dokładny, jak dla mnie dużo za dokładny, zważywszy na park maszyn jakim dysponuje czyli stół który ma ze sto lat, młotek i obcęgi – czas płyyyyynie… Ogląda klamkę, duma, kombinuje gdzie najpierw pospawać, gdzie podszlifować, podchodzi do mnie i dla pewności pyta jak działa ta regulacja. Potem układa podpierając różnymi przedmiotami klamkę na stole. Potem najlepsze – walka z maską spawalniczą, przyłbicą, co ustawi klamkę i chce spawać – nachyla się, a przyłbica jeb! W klamkę i całe ustawianie od nowa. Tak kilka razy. Ja po prostu płynę. Mam wrażenie że za chwilę zacznie mi się z butów wylewać.
W tak zwanym międzyczasie, przychodzi kolejny starszy pan, z wyglądu żul nad żule, ale znów, kolejne zaskoczenie – nieprawdopodobnie inteligentny, wygadany, oczytany człowiek! Rozpytuje mnie o wszystko, skąd, dokąd, dlaczego. Opowiada że raz widział Gdańsk, z pokładu okrętu na którym służył, na ląd nie pozwolili im zejść, to były lata sześćdziesiąte, podobało mu się moje miasto. Nagle pyta.
– Wiesz w ogóle gdzie jesteście?
– No wiem, Gorodok, po naszemu Gródek
– No, po waszemu i po rusku Gródek, a po naszemu – – – – Jagiellońskij Gorodok. Wiesz dlaczego tak?
– Pojęcia nie mam.
– A słyszałeś o takim królu, Władysławie Jegiełło? Ten co krzyżakom pod Grunwaldem dupy skopał?
– No pewnie!
– No, to on się tutaj urodził i tutaj w katedrze spoczywa jego serce…
– Co???
– Tak, tutaj leży jego serce, tak sobie zażyczył przed śmiercią, ciało spoczywa w Krakowie, a serce kazał złożyć tutaj, bo dla tego miasteczka ono biło za życia.

Dziwnie się poczułem. Ignorant. Jeden z największych władców mojej ojczyzny, a ja pojęcia nie mam o takich faktach.

– Nie przejmuj się, nie możesz tego wiedzieć, was historii uczyli ruskie, tak jak nas, takie fakty były ukrywane…

Przez cały ten czas majster spawał, szlifował, przymierzał, szlifował i tak w kółko. Wreszcie skończył. Przynosi dumnie klamkę, w jednym kawałku, z działającą regulacją, cud. Nie wiem jak tego dokonał, ale dokonał. Chcę zapłacić… Nie ma mowy! No jak nie ma mowy?
– Przecież tyle czasu panu to zajęło, tyle pracy!
– Nie ma mowy, trzeba sobie pomagać.
– Nalegam.
– Nie ma mowy.
– Jak mogę się odwdzięczyć?
– Kupisz mi samochód.
– Jak to?
– Normalnie. Ja mam starego Trafica, strasznie zgnity, u was one tanie, u nas drogie, ja bym takiego znalazł w Polsce, zadzwoniłbym do ciebie, żebyś pogadał ze sprzedawcą, tak żebym nie jechał na darmo. Pomożesz?
– Oczywiście że tak!

Uśmiechy, uściski dłoni, podziękowania, jeszcze raz wytłumaczył mi drogę do Dakara, życzymy sobie wszystkiego dobrego i idę. Idę i myślę. Co tu się właśnie przed chwilą za przeproszeniem od*ebało??? Jak to tak? Obcy człowiek poświęca swój czas, zawozi mnie do fachury, fachura poświęca jeszcze więcej czasu, ratuje nam cały wyjazd w zasadzie, w ramach zapłaty obaj godzą się tylko na uścisk ręki, nie chcąc słyszeć o choćby symbolicznych kilku groszach? O co tu chodzi??? Gdzie my wylądowaliśmy? Dociera do mnie że to całe medialne pieprzenie o napiętej sytuacji pomiędzy naszymi krajami, o zaszłościach historycznych i reszta tego bełkotu to zwykła propaganda służąca ugraniu jakichś własnych interesów przez garstkę cwaniaków na wysokich stołkach. Ludzie są ponad to. Prawdziwi ludzie są ludzcy. Zrobiło mi się strasznie głupio, bo dotarło do mnie że nie wiem czy ja bym tak potrafił u nas bezinteresownie pomóc obcokrajowcowi w tarapatach. Teraz już tak, to doświadczenie mnie wiele nauczyło, ale przed nim, nie wiem jakbym się zachował. Od tego myślenia drogi mi nie ubyło, tylko klucha w gardle urosła, więc postanowiłem się skupić na jak najszybszym dotarciu do Dakaru, bo domyślałem się, jak wysoki poziom musiało już osiągnąć wk*rwienie Szarego. Wreszcie docieram do celu, jestem mokrusieńki, leje się ze mnie. A tam…

Szary bynajmniej nie wygląda na wściekłego, cały dziedziniec warsztatu wypełnia ukraińskie dicho polo, Szary – cały na biało stoi sobie przy budce stróżówce, kawka, papierosek i gaworzy w najlepsze z chłopakiem który zaczął ten łańcuszek pomocy. Tyle że, cały komizm tej sytuacji polegał na tym, że ten misternie zbudowany wizerunek Szarego jako cara, który objawił się nam w Starym Banku, legł w gruzach w sekundę. On tam stał w samej bieliźnie termo, białej, skarpetach motocyklowych czarnych do kolan i w… Jakżeby inaczej – japonkach! Typowy Janusz spod Biedronki! No cóż… Ukraina to stan umysłu…

Szybkie montowanie klamki, pakowanie, ubieranie i dzida! Wszak plan jest dość napięty, a przez moją głupotę urwaliśmy z niego sporo czasu…

Drogi czytelniku, pamiętaj, zawsze zabieraj ze sobą klamki, nawet kiedy nie masz zamiaru się wywracać…

Link do mapki https://www.google.com/maps/d/viewer…

Ciąg dalszy… Chyba nastąpi.��
Pozdrawiam
Basior

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *