Ukraina 2016 – część pierwsza – ” miał być Murmańsk”…

Miał być Murmańsk…

Dziadek:
Rozpoczęcie rozmowy: 27 Luty 2017
Cześć, Murmański plan aktualny ? Najcieplejszy miesiąc w tamtych okolicach to lipiec …

Seb:
Odpowiedziano: 28 Luty 2017
Cześć
Generalnie nie jest nieaktualny, póki co trochę zmian w pracy i w parku maszyn, zobaczymy jak wyjdzie. Rozumiem że Ty nadal chętny?
Pozdrawiam
Seb

Dziadek:
Odpowiedziano: 28 Luty 2017
Oczywiście, jakby co to daj cynk. Ja i tak wcześniej jak w lipcu na dłużej raczej nigdzie się nie wybiorę.

Tak to mniej więcej się zaczęło…

Później było jak to w życiu – plany wielkie, jednak życie pokazało że to ono tu rządzi i nasze plany możemy sobie w buty wsadzić… Z Murmańska ze względu na czas potrzebny na to przedsięwzięcie nic nie wyszło, ale też jakoś strasznie nie cisnęliśmy na realizację tej eskapady, więc naturalnym biegiem rzeczy, skupiliśmy się na czymś bliższym.
Ukraina… Kraj do którego ciągnęło mnie od zawsze, może to ze względu na naturalną moją tęsknotę za „dziką dziczą”, może dlatego że chciałem spróbować wschodu, a może tak po prostu wyszło? Dość powiedzieć że kiedy Dziadek zaproponował Pamir (nie ten na dalekim wschodzie, tylko ten Ukraiński – dla chętnych – pogrzebcie w sieci ), zgodziliśmy się bez chwili wachania. Piszę „my”, bo miało nas jechać czterech – Dziadek – świetny człowiek z Chełma, z którym łączą mnie forumowe więzy, Biały i Szary – obaj to „Wilcy”, no i ja, więc ekipa dość pewna i nie płacząca kiedy trzeba się ciut ubrudzić Takie były plany, teraz weryfikacja ich przez życie… Jak widzicie na początku, umawialiśmy się w lutym, wyjazd miał być latem, więc dużo czasu. Biały nie mógł pojechać ze względu na pracę, nie było szans. Zostało nas trzech. Więc resztę przygotowań rozdzieliliśmy między siebie, sprawy typu kto się czym zajmuje, kto co zabiera żeby nie dublować sprzętu, narzędzi itp. Dzięki tym przygotowaniom nauczyłem się zmieniać gumy w swojej Teresie, bez użycia zakładu wulkanizacyjnego Układaliśmy też powoli trasę, nie pamiętam już jak dokładnie do tego doszło, ale odpuściliśmy wspomniany Pamir, ze względów czasowych, chcieliśmy za wszelką cenę powłóczyć się jak najdłużej po Ukraińskich Karpatach, a nie pędzić na złamanie karku, byle tylko zaliczyć założony wcześniej cel.

Dzień czy dwa przed wyjazdem, już wszystko zapięte na ostatni guzik, plany sprecyzowane, wszyscy wszystko wiedzą, wszystko ustalone. Telefon od Dziadka:
Seb, słuchaj, nie mogę z wami pojechać… Mój tato miał wylew, leży w szpitalu, jest ciężko. Pędziłem z Bałkanów na złamanie karku, żeby jeszcze zdążyć zmienić gumy przed Ukrainą, dopiero w domu mi powiedzieli.
Kurde, bardzo mi przykro, opiekuj się ojcem, my jakoś sobie poradzimy…

Dzwonię do Szarego:
-Szary, słuchaj, Dziadek nie jedzie, jego ojciec w szpitalu, nie może jechać.
-No to co robimy?
-No jedziemy chyba nie?
-No chyba tak.
-No to jedziemy.
-No to jedziemy!

 

 

 

Niby takie oczywiste i proste, ale to Dziadek miał być naszym przewodnikiem, to On był tam milion razy, my ani razu. No ale trudno, cytując klasyka – „Ahoj przygodo!!!”. Jakoś to będzie. Żaden z nas nie ma specjalnych oporów przed szwędaniem się po obcych terenach. Jeśli chodzi o język, to tu było nieco gorzej – Szary ani słowa po ukraińsku czy rosyjsku, ja po rosyjsku bez większych problemów, po ukraińsku – a skąd mogę wiedzieć skoro nie miałem styczności wcześniej? Co będzie to będzie
Każdy włóczęga doskonale zna ten stan, my nazywamy go „reisenfiber”. Stan kiedy wiesz że musisz się wyspać, bo nie wiadomo kiedy znów będziesz miał okazję spać w łóżku. U motocyklistów dochodzi jeszcze świadomość tego, że nikt cię nie zmieni za kierownicą, czeka Cię wiele godzin dziennie pełnego skupienia. Masz świadomość tego wszystkiego, ale co z tego? Nic. Kompletnie nic. Nie możesz zasnąć. W głowie obija się o siebie milion myśli. Jak będzie, jaka będzie pogoda, czy uda nam się dojechać wszędzie gdzie zaplanowaliśmy, ile złapiemy gum, ile przez to stracimy czasu, czy tam jest naprawdę tak pięknie jak nam się wydaje że jest, czy sprzęt nie zawiedzie, czy sami damy radę… Można tak bez końca wymieniać. Każdy ma swoją głowę i swoją „reisenfiber”… Jako że sam doskonale znam ten stan i swoją skłonność do niego, zaplanowałem wyjazd tak, żeby zminimalizować jego uciążliwość. Żona z córkami wyjechała na działkę, około 100km od Gdańska, w zasadzie prawie po drodze do Warszawy. Dzień przed planowanym wyjazdem spakowałem się na gotowo i pojechałem do nich, a stamtąd nazajutrz już w trasę.
Wstałem wcześnie, bez budzika. Szybka kawa, kanapka, troczenie torby do motocykla, ubieranie się już na dworze i start! Wreszcie! Nareszcie! Tyle miesięcy planów i to właśnie dziś, właśnie już teraz plany się materializują! Pogoda piękna, cudowny wschód słońca maluje własne obrazy na mokrej od rosy trawie. Jakiś pająk utkał pajęczynę pomiędzy lusterkiem a kierownicą. Może to pająk – włóczęga? Ruszyłem. Uczucie nie do opisania… Nagle nic nie ma większego znaczenia, praca, problemy, życie codzienne. Szum wiatru opływającego kask pozwala się skupić tylko na własnych myślach o tym co będzie i na drodze którą musisz pokonać. Wspaniałe uczucie… Nieziemskie wręcz. Jesteś sam ze swoimi myślami, nikt Ci nie przeszkadza, nie zagaduje, chcesz to możesz wydrzeć ryja z tej euforii tak mocno że aż zachrypniesz – nikt nie zruga cię że drzesz ryja. Bo nikogo obok nie ma, jesteś sam…
Szczęście nie trwa długo, po jakichś stu kilometrach zaczyna lekko kropić, tutaj rada – jak zaczyna kropić i zastanawiasz się czy stanąć i ubrać przeciwdeszczówkę – to nie ma się co zastanawiać, trzeba to zrobić, bo bankowo jeśli tego nie zrobisz, to zacznie lać mocniej i zgnoi cię jak mokrą szmatę. No więc staję na pierwszej napotkanej stacji, kawa, batonik, siku, fajeczka, ubieram się i w drogę. Do Warszawy dojeżdżam już w solidnej ulewie, do tego stopnia silnej że jadę spięty jak ważka, samochodów opór, deszcz leje, na kołach nowe kostki, przyczepność tylko teoretyczna. Przegapiam zjazd, robię kółko, wreszcie dojeżdżam do Szarego.

 

 

 

A tam… Luz blues On nieubrany, motocykl nieubrany, pełna sielanka Oczywiście wystarczyło że stanąłem, przestało padać, wyszło słoneczko, jest pięknie myślę, pięknie… Pakowanie Szarego poszło szybko i sprawnie. Ruszamy. Wsiadam na swoją krowę, bo inaczej jej tak zapakowanej i zatankowanej pod korek nazwać nie można i… Iiiiii… I jeeeeeb! Klasyczna postojowa gleba, z pełnym pakietem. Lusterko potłuczone, nadgarstek zwichnięty, ale reszta bez większych obrażeń.

 

 

Podnosimy (tylko Bóg wiedział że to pierwszy raz z wielu na tym wyjeździe), jedziemy na kebaba, jemy, ruszamy. Szybko wyjeżdżamy z miasta, Mular prowadzi fajnymi bocznymi asfaltami, poruszamy się sprawnie, waga mojej Teresy przy takiej jeździe staje się jej atutem, kilometry mijają szybko. Stajemy na stacji, tankujemy, pijemy coś, z nieba leje się żar – rozbieramy się z czego się da. Ruszamy. Ujeżdżamy kilkadziesiąt kilometrów – oczywiście, zaczyna lać. Norma. Stajemy, ubieramy się, nie czekamy, jedziemy. Mamy sztywny plan dziś przekroczyć granicę w Hrebennem i jutro już obudzić się tam, na Ukrainie.
Nie rozwijając się zbytnio, bo nic jakiegoś wybitnie ciekawego się nie zdarzyło, ani medale żadne za tę część podróży nam się nie należą, napiszę tylko że do granicy udało nam się dotrzeć około godziny 22.
No i zaczęło się :)…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *