Operacja Kwiecień 2016

 

  1. …Operacja Kwiecień” – hasło klucz. Właściwie to sama nazwa powstała krótko przed samą akcją, przez pół roku wcześniej mówiliśmy o tym po prostu „Kwiecień”. Pomysł narodził się jakoś zimą, jesienią był Klasztorek (kolejne hasło/miejsce klucz), zimą niiiic, tak powstał pomysł żeby wyrwać gdzieś wiosną. Termin został ustalony „na sztywno”, kilka miesięcy wcześniej, nie było od niego odstępstw, nie miała znaczenia pogoda, stan zdrowia, czy to że ciocia ma akurat imieniny. Wiedzieliśmy że spotykamy się w Pile i offem ciśniemy do Sierakowa Sławieńskiego, w prostej linii czy asfaltem jakieś 200, my mieliśmy plan na jakieś 350. Ostatni tydzień przed TYM weekendem już żyć się nie dało, człowiek dostawał kociokwiku, prognozy sprawdzane co godzinę, porównywane, konfrontowane – istny cyrk! W końcu przyszedł dzień wyjazdu, rano szybkie telefony i każdy rusza! Wreszcie!

    Czy da się spakować na cztery dni, z namiotem, śpiworem, zapasem bigosu, menażką, ciuchami, butami, dwoma winami swojskimi i paroma jeszcze pierdołami, w jedną torbę? Bez problemu, żadnego!

    Jeszcze czyściutka i błyszcząca…

    Do Piły z GD można jechać na wiele sposobów, ja wybrałem oczywiście ten przyjemniejszy

    Pogoda była jak dzwon!

    Nie wiedzieć jak, udało nam się jako tako zgrać czasowo w tej Pile, laweta z Wawy, z dwiema teresami na pokładzie, nasz gospodarz z Sierakowa (od teściów) przyjechał do Piły (tam mieszka) również na czas.
    Tam nastąpiła część przywitalna, którą pominę, zawsze jest taka sama, dorosłe chłopy klepią się po plecach jak pingwiny, chcąc w ten sposób wyrazić ch*j wie co właściwie Część gratów zostawiliśmy w garażu, część zanieśliśmy do chaty.

    – No to co? Przelecimy się chyba treningowo co? – zaproponował Biały
    – No ba! – reszta odpowiedziała jednym głosem w zasadzie
    – Głodni jesteście? Tu niedaleko jest takie gospodarstwo, stawy pstrągowe i przy nich knajpa, jedziem?
    – Jedziem!

    No i się zaczęło…

    …Qrwa… Z tej części zdjęć nie mam, reszta coś może podeśle, ja walczyłem o życie, nie było szans robić zdjęć. Biały ma białą teresę i bielmo na oczach… Nie widzi licznika. Bankowo! Zrobił nam pełen przekrój warunków drogowych w jakich będziemy się poruszać, pełen. Czyli… Piach! Mniej lub bardziej ubity, ale piach! Kurde! Mieszkam nad morzem, skąd oni tam w okolicach Piły mają taki piach? My nad morzem nawet takiego nie mamy! Piach, mało, to czasami mąka była! Właziło to wszędzie, szczególnie tam gdzie mogło się przylepić, czyli oczy, uszy, usta nos. Dramat. No i te prędkości. Ja wiem, świeżak jestem, ale no kurde!

    Koniec końców, dotarliśmy, wszyscy, żywi, do dziś nie wiem jak, do tej knajpy z pstrągiem. Miejsce urokliwe, pstrąg po prostu nieprawdopodobny, przepyszny, prześwieży i bardzo przystępny cenowo. Nie pamiętam oczywiście nazwy miejscowości, wyrzuciłem ten dzień z pamięci, żeby nie mieć koszmarów

    Aaaaaa, byłbym zapomniał, pani z knajpy ma na imię Karolina, poszły zakłady, przegrałem

    Pojedli, popili? To wy*ierdalać do chaty! No i tak mniej więcej ten powrót się odbył, nie wiem dlaczego, nie można było jak człowiek, pyrkać spokojnie przez te laski? Ptaszki tak pięknie śpiewały przecież… To nieeeee!!! Ogieeeeeeeńńńńńńńń!!! Po raz pierwszy w życiu jechałem pełnym ogniem pasem przeciwpożarowym wzdłuż torów kolejowych, po oski w piachu drobnym jak mąka! No ale inaczej się nie dało, każde odpuszczenie gazu groziło natychmiastową glebą. Z tej części zdjęć również nie mam, powody są oczywiste.

    Jakoś dojechaliśmy na miejsce zbiórki, tam czekała na nas nagroda, czekała równie długo jak plan tej całej eskapady, ale warto było

    Ależ my byliśmy brudni i zakurzeni!!! Bardziej się nie dało! Tak wtedy myśleliśmy… Jak się później okazało, byliśmy w wielkim błędzie

    Dzień drugi, a w zasadzie pierwszy właściwy całej tej historii…

    Wieczorem było delikatnie, bo wiedzieliśmy że rano trza jechać, generalnie nocleg i śniadanie w spartańskich warunkach, nie polecam

    Gotuje oczywiście Basior, dopóki karmi stado – jedzą mu z ręki i nie ma buntów grożących przejęciem przywództwa, na śniadanie zrobiłem im zatem jajówę na solidnym kawale boczku

    Jako że dla przyjemności się nie spotkaliśmy, poranna toaleta została ograniczona do minimum, bambetle zapakowane

    Po przejechaniu odcinka do „Pstrągowni”, zaczęła się nuuuuda, kilka kilometrów prostej jak strzelił drogi, w połowie sią kapnąłem że coś jest nie tak, podjechałem do Dębiaka, zapytałem, okazało się że tak, to stara, poniemiecka linia kolejowa, a właściwie sam nasyp, dlatego tak prosto ui równo. Stanęliśmy na mostku nad rzeką, nazwy nie pamiętam, ale pięknie tam było, no i moje wprawne wędkarskie oko wypatrzyło pstrąga

    Następnym przystankiem były bunkry. Nie byle jakie bunkry, tylko te posowieckie, w których jak się okazało dopiero niedawno, były przetrzymywane głowice jądrowe do pocisków balistycznych Made in CCCP jeszcze. Ciekawe miejsce, byliśmy nie w tych odnowionych bunkrach, udostępnionych do zwiedzania, odwiedziliśmy te opuszczone, pozawalane, zdewastowane. Ciekawy patent mieli, oni nie kopali po prostu dziur w ziemi, czy to na otwartej przestrzeni czy w lesie, oni drążyli tunele w zboczach, co ciekawe, na zewnątrz „wystaje” może jeden procent tego co jest pod ziemią. Reszta to zamaskowane wyloty chyba wentylacyjne, jakieś wloty powietrza coś.

    W środku jest, jakby to powiedzieć – przerażająco. Jakby ludzie wyparowali…

    Tutaj widać dokładnie jak można wchodząc z zewnątrz przez tę niewielką dziurę, polecieć na ryj w dół po kilku krokach, na szczęście ktoś tam zamontował belkę z ostrzeżeniem, bo zanim oczy nie przyzwyczają się do mroku to nie widać nic.

    Po wyjeździe ze strefy bunkrów, dojechaliśmy do jakiejś wioski. Fajny klimat. Siedliśmy sobie przed sklepem, kazdy po kiełbasie, bułce i bezalkoholowym, lokalesi przyglądali się ukradkiem… W końcu podchodzi chłopaczek, taki może ze 12 lat, wyraźnie widać było że nie wiedział jak zagaić… W końcu się zdobył…

    – Jakby co to fajne.

    Wydukał wykonując gest brodą kierunku motorów

    Po krótkim popasie pojechaliśmy dalej. Kłomino. Opuszczone miasto – widmo. Mocno mi to miejsce dało do myślenia i wryło się w pamięć. Jak bardzo trzeba mieć chory łeb i jak bardzo owładnięty rządzą panowania nad światem żeby w obcym kraju wybudować sobie pośrodku niczego miasto, osiedlić tam wojsko i myśleć że to jest zupełnie naturalne??? Jedno trzeba im przyznać – mieli rozmach skurwisyny! Nie da się tego miejsca opisać, trzeba je zobaczyć. Zachęcam.

    Potem gdzieś się zapędziliśmy ciut za daleko, do tego nie w tę stronę co trzeba, z czego zrobiła się przerwa na batonika, siku i poleżankę – w dowolnej kolejności

    W końcu ruszamy. Dzidujemy przez te lasy, jedzie się coraz lepiej, ba, jazda „wchodzi”, jak ciepły nóż w masełko… Ale takie uczucie bywa złudne, zaczyna się jazda na granicy, na granicy przyczepności i możliwości swoich i sprzętu, te drugie czasem są przekraczane, o czym dają znać w najmniej oczekiwanym momencie. W którymś momencie za jakąś wiochą wjeżdżamy w las, zaczynają się hopki, potem hopy, no to skaczemy – hop, hoop, hoooooop! Kudłatemu nikt nie powiedział, że zapakowana duża teresa waży jakieś 270 kilo, plus jeździec, lekko licząc trzy i pół stówki. Takim zestawem się raczej nie skacze, no ale mówię – nikt mu tego nie powiedział…

    Z Białym wyrwaliśmy trochę do przodu, skończył się las, zaczęło pole, tam to dopiero można było pójść! No to poszliśmy.
    🙂
    Dojechaliśmy do wiochy, tej w której pytaliśmy o drogę dwóch ziomków.

    Pytaliśmy o drogę do sklepu w zasadzie, bo do pełni szczęścia na noclegu brakowało nam jak to zwykle bywa – chleba, kiełbachy, no i wódki. W tej wiosce nie ma sklepu, ale jest w wiosce obok. Dobra, już wszystko wiemy. stoimy, czekamy, czekamy, czekamy…

    – Któryś wyjebał pewnie…
    – No.
    – Wracamy?
    – No.
    No to dzida pełnym ogniem z powrotem! Stoją na środku pola nieboraki, duża teresa kudłatego jakoś tak nisko stoi… Lowrider czy co?
    – Co jest?
    – Chyba mu amor pierdol*ął.
    – Cooooo??? Ja pierd*olę! No to niezła pi*da!
    – Dobra, trza ja rozładować i wywalić na bok.
    Tak zrobiliśmy, wywaliliśmy krowę, faktycznie, amor na dolnym mocowaniu trzasnął jak nożem ucięty. Kudłaty załamany:
    – Ja pier*olę, co teraz? Assistance? Laweta? Co robić???
    Ja jako na wsi wychowany, jakoś się nie przejąłem za bardzo:
    – Co robić, co robić? Nic nie robić! Obok jest wiocha, w każdej wiosce jest spawarka, zawsze ktoś ma, a jak nie tu, to wiochę obok! Trza dojechać do wiochy, wymontować dziada, pospawać, zamontować i jechać dalej 🙂
    – Aaaaale jak?
    – Jak to jak? Normalnie! Dawaj te bambetle, na pusto dokulasz się do wiochy, a dalej to już pójdzie.
    Tam, na tym polu, mimo całej dramaturgii i beznadziei tej sytuacji powstało jedno z ładniejszych zdjęć tej eskapady…

    No i poszło. Jak burza. W wiosce poszło szybko, ziomki wskazali kto ma spawarkę, pojechaliśmy tam, ale się okazało że ma, ale go nie ma, no ale to była bardzo urodzajna wiocha, spawarki były dwie, drugą miał sołtys, a właściwie mąż sołtysa, bo sołtysem była kobita Pani Sołtys! Jak to w każdej wiosce – Sołtys wszystko ma i wszystko wie! Pan Heniu okazał się cudotwórcą, miął narzędzia, wiedzę, doświadczenie, ściągacz nawet miał, spawarkę, no i złote ręce i złote serce. Kurde, małośmy tam nie zostali na noc, to kolorowe to świetlica, została nam zaoferowana do wyłącznego użytku, z telewizornią, piłkarzykami, ping pongiem i córkami Sołtysa. Skończyło się na śmiechu, kupie śmiechu, fajni, zwykli, życzliwi ludzie, mnóstwo jest takich, wystarczy tylko zagadać, poprosić o pomoc, spytać o drogę. Fajne uczucie. W mieście ciężko go doświadczyć, na wioskach wiele się nie zmieniło przez ostatnie trzydzieści lat. Na szczęście.







    Cała operacja która u mechanika trwałaby minimum trzy dni, tutaj, na środku ulicy w wiosce której nazwy nie pamiętam, ale nasz nawigator zaraz uzupełni, trwała jakieś może półtora godziny. Rozkręcenie motocykla, wymontowanie amora wraz z zapieczonym łożyskiem, pospawanie, montaż i złożenie – czas operacyjny jak w pit stopie Formuły 1.
    Bardzo podziękowaliśmy, Panu Heniowi Kudłaty w zasadzie na siłę wcisnął banknot, nie chciał wziąć, banknot nam wydawał się za mały, Pan Henryk stwierdził że za duży. Ale nic to, uratował nam skórę, podziękowaliśmy jak umieliśmy, na pożegnanie salwy śmiechu, salwy z rury i kupa kurzu i pojechaliśmy w stronę zachodzącego słońca (dosłownie), w poszukiwaniu zaplanowanego noclegu, nad jeziorem. Jeziorem którego nie ma. To znaczy jest, ale go nie ma!

     „Jezioro którego nie ma”…

    Po wyjeździe z wiochy od Pani Sołtys (sprawdziłem, Tarmno), kierujemy się nad jezioro w okolicach wsi o dumnej nazwie Kocury. Dlaczego tam? Bo jakoś tam mniej więcej w połowie drogi jest, a drugi i główny powód, to nasz nawigator, Biały vel TheMbol vel Dębol vel Dębiak jest zapamiętałym miłośnikiem Automapy, na której to niby wszystko jest i jest najzajebistsza na świecie. Otóż, w Automapie tego jeziora nie ma Nie ma. Koniec kropka. A ono jest, no istnieje, na Map Factor moim jest, na mapach Google jest, a na Automapie na której wszystko jest – jego nie ma. No więc jaki był plan? No prosty – nocleg nad jeziorem którego nie ma! Qrwa, jak tytuł jakiegoś horroru
    Jak pamiętacie, musieliśmy jeszcze po drodze zrobić zakupy, nie było już czasu na szukanie, podjechaliśmy więc do miasteczka Barwice, tam dwóch poszło do Biedry, my z Kudłatym zostaliśmy przy motocyklach. Tamtych dwóch po dłuuuuższej chwili wyszło. Kupili same niezbędne rzeczy – chleb, kiełbasę i cytrynówkę, dużo cytrynówki. Dziś Łukasza, a jest ich w stadzie dwóch. Na dzisiejszy wieczór plan był prosty i krótki – najebka.
    Zapakowaliśmy wszystko gdzie kto miał miejsce, no i dzida, w stronę jeziora, znów pełen przegląd nawierzchni, wszystkie tak samo kurzące…

    W stronę zachodzącego słońca

    Tak właśnie borem lasem dojechaliśmy do wsi Kocury, tam po krótkiej naradzie który brzeg jeziora będziemy okupować, udaliśmy się w tamtym kierunku. Najpierw przypuściliśmy atak z zachodu, trzykrotnie cofając się, przegrupowując siły i atakując w innym miejscu, widać to na mapce, jak również widać – jezioro tam jest i to jebitne!

    Niestety, wszystkie trzy ataki od zachodu zakończyły się totalną klęską… Okazuje się że kiedy już prawie, mieliśmy je na wyciągnięcie ręki, już prawie, za każdym razem drogę zagradzał nam… płot! Tak, płot, taka rzadka siatka. Okazuje się że wszystkie okoliczne pola są obsadzane wierzbą energetyczną czy czymś podobnym, w każdym razie jakimiś drzewkami i wszystkie te pola są grodzone żeby chronić przed zwierzyną owe uprawy. Jak widać na mapce, zarządziłem taktyczny odwrót i atak od wschodu, powrót do wsi, kawałek asfaltem i atak. No i wszystko szło idealnie, dzidujemy przez ten las, wszyscy już zmęczeni, głodni, i szczęśliwi że zaraz się rozbijemy, rozpalimy ognicho, będzie fajnie. No iiiii… Płot! Qrwa!!! Ogrodzili jezioro bydlaki czy co??? Niebieska strzałka pokazuje dokąd dojechaliśmy, tam kończył się las, zaczynał płot, normalnie w poprzek drogi, po drugiej stronie płotu drogi już nie było, było pole z drzewkami.
    No to jesteśmy w czarnej dupie, robi się ciemno, do jeziora nie dojechaliśmy, nie mamy pomysłu na miejsce noclegowe, jest lipa. Ktoś zauważył że jakieś 200 metrów wcześniej mijaliśmy przy drodze miejsce takie „biesiadne”, wiata, palenisko, pieńki do siedzenia, w środku lasu. Po co to? W środku lasu? Nie ma co się zastanawiać, wracamy.

    Tu widać to miejsce

    Decyzja była szybka – zostajemy. W miarę rozpakowywania wpadło mi do głowy pewne zasadnicze pytanie – czy kupili wodę? Czy jak poszli do tej biedry to kupili wodę? Czy tylko wódę, chleb i kiełbę?
    – E, asy, kupiliście wodę?
    – Ooooo qrwa!
    – Nooo qrwa

    Biały i ja na moto i powrót do wiochy, pozostała dwójka rozbija obóz. Dojechaliśmy do Kocurów (Kocur?), w pierwszej chałupie poprosiliśmy o wodę, dostaliśmy, wróciliśmy, a tam już obóz jak malowany!

    Ale byliśmy obserwowani, bankowo

    Na początku, jeszcze w Pile, dokonałem zakupu siekiery, takiej małej, no bo jak? Survival bez siekiery??? Musi być siekiera! No i Kudłaty wziął się za rąbanie, ale tak jak skakać dużą teresą nie powinien, tak rąbać też nie powinien, ale znów – nikt mu nie powiedział… Jak nie za*ebie!!!

    Jak nie u*ebie!!!

    I po siekierze…

    Kurde, ależ tam było pięknie… Najbardziej uderzająca była cisza, a właściwie dźwięki lasu… Z tego wzruszenia popełniłem kilka „nocnych” fotek.

    Fota dla Stonera

    To prezent od żonki, żebym nie zapomniał na włóczędze, jaki jest mój stan cywilny

    Ta fota mi się podoba, prawdziwie „wilcza”, z tą pełnią…

    I tak siedzieliśmy, trunki wszelakie takie jak cytrynówka, domowej roboty śliwkówka, pigwówka chyba też dodawały nam humoru, grzały od środka, ogień grzał od zewnątrz. Było magicznie. Ale ja wyznaję zasadę że przychodzi taki moment każdej biesiady że „lepiej nie będzie” i czas pójść siku i już nie wrócić. Więc kiedy doszliśmy do etapu zwierzeń i wyznań jacy to nie jesteśmy zajebiści, ile to lat już ze sobą nie przeżyliśmy, ile za nami i ile jeszcze przed nami, oraz jak to bardzo się kochamy – dla mnie nadszedł ten etap że lepiej nie będzie. No i poszedłem siku. W drodze powrotnej napatoczył mi się namiot. Ba, zaatakował mnie wręcz. Nie żebym walczył. Poddałem się. W nocy okazało się że już nic nie grzeje, ani trunki, ani ogień…

    …”Murmańsk qrwa”…

    W nocy było chłodno… Chłodno, zimno było! Zimno jak diabli! Zajebiście zimno! Było tak zimno, że to zimno mnie obudziło, kilka razy. Zapiąłem się pod szyję, zaciągnąłem sznurek śpiwora przy głowie tak, że tylko nos mi wystawał i leże i nie śpię z zimna. Leżę i myślę sobie – „zajebiście, super ekstra duper śpiwór sobie kupiłem, miesiąc czytałem, w końcu wybór padł na Kjolena od Fjorda Nansena, pełna poracha!”… I tak śpiąc, nie śpiąc, śpiąc, nie śpiąc jakoś dokulałem do rana. Budzimy się rano (spaliśmy po dwóch), ja wqrwiony jak sto piorunów, do tego myślę sobie że Szary się wyspał elegancko w swoim śpiworku, a ja marzłem jak gówno na śniegu. Pierwsze pytanie Szarego:

    – Nie było Ci zimno???
    – No właśnie było!!!
    – No mi też, jak diabli! Spać nie mogłem!

    Ha! Uratowany! Jak już Mular zmarzł, to musiało być zimno, bo On raczej nie marznie, w zasadzie nigdy! Czyli z uspokojonym sumieniem, wyszło że jednak nie jestem debilem i śpiwór wybrałem dobrze, powitałem ten piękny dzień Szary wstał i poszedł obudzić dwóch pozostałych – drze się za chwilę:

    – Seeeeeb! Seeeeb! Tu od nich z namiotu po prostu buchnęło gorącem jak odpiąłem!
    – Jak to???
    – No tak to!

    A Kudłaty i Biały w porozpinanych śpiworach, bo gorąco było niby! Qrwa!!! Ich namiot – Lidl, 170zł chyba, mój namiot – Marabut, pierdyliard złotówek! Okazuje się że mój Marabut może i jest super duper, a właściwie był, jakieś naściie lat temu, bo tyle go mam, ale na lato. I fakt, jak sobie przypomnę, to nigdy się w nim nie zapociłem, nigdy mi para po ściankach nie ciekła, no ale też nigdy nie spałem w nim w temperaturach w okolicach zera, więc nie wiedzialem że on się do tego po prostu nie nadaje. A Lidlowy – nadaje się Fakt że ciut tam wilgotno było, no ale ciepło.

    No ale, oni się pośmiali z nas, my z nich, ale że czas w drogę, to czas wypić kawę, wciągnąć śniadanie – znów bigos

    Karwasz! Jak tam było pięknie! Przede wszystkim kompletna, absolutna cisza! Tylko ptaki. Do najbliższej drogi bylo kilka kilometrów, lasu, doskonale tłumił wszelkie dźwięki. Mimo zimna, humory dopisywały

    Powoli ogarniamy obóz, dogaszamy ogień, żeby nie narobić lasowi kłopotu

    I w drogę! Ten dzień był dniem dojazdu do miejsca docelowego, ale po drodze mieliśmy… Rzekę Z rzeką sprawa jest o tyle ciekawa, że to nie za szeroka rzeka, ale głęboka. Z przeprawy przez nią zdjęć nie posiadam, mamy filmy, ale tutaj już dwóch naszych video operatorów musi się wykazać. Dość powiedzieć że wracając tamtędy Szary i Biały potopili maszyny w piździec Tę część również zrelacjonuje Biały, mnie już z nimi nie było, prosto z Sierakowa pojechałem do chaty. Aaaaa, właśnie, Sierakowo! Po to przecież jechaliśmy! Żeby tam dojechać! No to dojechaliśmy! Tam jest… Nie wiem jak Wam to opisać, dla mnie to tam jest raj!
    Teście Białego mają tam gospodarstwo, normalne ranczo takie. Do tego teściu jest myśliwym, normalnie strzela do ludzi, do zwierząt czasem też. Do tego prowadzi skup dziczyzny. Do tego potrafi wypić, a jak wypije to potrafi opowiadać… Było tam przecudnie! Wspaniali ludzie, cudowne miejsce, wszystko super, tylko ten ziąb… Nasz stan wypoczęcia po dotarciu do celu obrazuje dość dobrze ta fotografia

    Gospodara jest kozacka, taka prawdziwa gospodara, jak ktoś lubi takie klimaty – to raj!

    Dość szybko postawiono nas jednak na nogi. Rozpakowaliśmy się, przebraliśmy, musieliśmy podjąć decyzję jak śpimy, to znaczy gdzie. Biały co oczywiste w chacie, z żoną i córką – tu Monia mu za bardzo wyboru nie dała. Kudłaty doszedł do wniosku że on ma to w zadzie, wziąl śpiwór, matę i postanowił spać w domu, był wolny pokój. My z Szarym – tutaj też dyskusji nie było, śpimy w namiocie, bezapelacyjnie. Ale w Lidlowym, musimy sprawdzić czy to że zmarzliśmy poprzedniej nocy, na pewno było winą namiotu, czy może jednak śpiworów, czy może siły wyższej?
    Ale wcześniej musieliśmy się posilić. teściowa Białego specjalnie dla nas przyrządziła coś pysznego, mięsko, z cebulką, na patelni, taką pieczonkę. Zostaliśmy zaproszeni do kuchni, siadamy, teściu polał lufkę, strzeliliśmy, weszła Pani domu…

    – Czemu Ty im jeść nie dajesz? Tylko kieliszki dzwonią! A głodne chłopy siedzą! Osz stary, durny! Jedzcie chłopaki

    Spojrzelim spode łba na siebie z Szarym, nas do michy prosić za bardzo nie trzeba. Jak tą pokrywkę zdjąłem, jak się zapach rozszedł po kuchni, łoooo matko, jak to pachniało! Opędzlowanie sporej patelni, z wylizaniem zajęło nam jakieś dziesięć minut. W trakcie jedzenia pękła flaszka, potem napoczęliśmy chyba pigwówkę, czy cytrynówkę, nie pamiętam, padło też pytanie z ust Teścia…

    – Smakuje Wam chłopaki?
    – No ba! Pycha!
    – A wiecie co jecie?
    – Polędwiczkę wieprzową? Cielęcinę?
    – Dzika…
    – Jak dzika? Jadłem dzika parę razy i wyglądał i smakował zupełnie inaczej…
    – No bo to jest młody dzik, taki ze 30 kilo może miał, taki jest pyszny, duży nie zawsze…

    Tak to wilki się dzikiem posiliły, flaszkę dokończyły, posłuchały opowieści teścia o zwyczajach zwierząt, polowaniach, życiu lasu i zrobiło się ciemno… No to co robimy? Biały mówi że nam pokaże dzika. No i pokazał

    Potem tradycyjnie, ognisko, rozpaliliśmy, do tego jakaś cytrynówka się znalazła, znów było magicznie…

    Jutro zapowiadał się ciężki dzień, więc już nie siedzieliśmy długo, tym bardziej że w plery ciągnęło fest, mocniej niż wczoraj chyba nawet. Więc poszliśmy w kimono, każdy gdzie postanowił, my do namiotu. Ostro nastawieni że choćby skały srały to śpimy do rana w namiocie i koniec!

    – Ale jak byście już nie wytrzymywali z zimna to zapukajcie w okno… – Biały z lekkim uśmieszkiem

    Śpimy. Pozapinaliśmy się od razu do oporu. Nagle… Rano! Przeżyliśmy! Nie zamarzliśmy! Zajebiście! Szary wychodzi z namiotu, rozpiął namiot, szarpie się z zamkiem od tropiku. Szarpie, szarpie…

    – Seb, tu jest jakiś lód…

    I nagle sru! Jakaś warstwa czegoś zsunęła się z namiotu! Mular wyszedł na zewnątrz…

    – Murmańsk qrwa!

    Też wygrzebałem się na zawnątrz.

    Ona to dopiero musiała zmarznąć…

    Tak, zdecydowanie było zimniej niż poprzedniej nocy, mimo to nie zmarzliśmy. Wniosek z tego taki że śpiwory są ok, to namiot trzeba kupić inny, jeśli myślimy o eskapadach w zimnych porach roku, czy o Murmańsku w przyszłym roku…

    Pakowanie, poszło sprawnie, śniadanie, ubieranie i dzida! Każdy w swoją stronę, ja do Gdańska, Kudłaty do Piły asfaltem, Szary z Białym do Piły offem, ale ciut inną trasą niż my wcześniej, szybszą, mieli jechać cztery godziny, jechali… osiem Bo pod drodze mieli rzekę, tę samą którą przekraczaliśmy dzień wcześniej, tyle że w nocy ciut po poprószyło i popadał deszczyk, no i rzeczka ciut przybrała… Ale to już opisze i pokaże dokładnie Biały, mają zdjęcia i filmy szczególnie jeden mi się podoba, wygląda jak film z Titanica

    Ja już zakończę, moje przemyślenia po tym wypadzie są takie że zdecydowanie – nie ważne gdzie, ważne z kim! Bezwzględnie! To my sami i nasza ekipa tworzy klimat wyjazdu. To może być dosłownie krok od domu. Ważne jest nastawienie, entuzjazm, chęci i umiejętność zorganizowania sobie odrobiny wolnego czasu. Samo planowanie wyprawy już jest super zabawą, część planów się realizuje, część weryfikuje życie i trasa. Przygody toczą się jedna przez drugą, zazębiają się, cały czas coś się dzieje. Śmiech miesza się z kurzem, potem, łzami wysiłku jak musisz po raz kolejny podnieść tą załadowaną krowę bo właśnie postanowiła się położyć. Mimo że na codzień nie palisz, fajka smakuje jak nigdy, mimo że raczej nie chlasz na codzień to cytrynówka ze wspólnego kieliszka smakuje jak nektar bogów… Każdy kilometr zapisuje się na dysku twojego mózgu jako kilometr szczęścia. Za parę lat nie będziesz pamiętał stu tysięcy kilometrów drogi przejechanej samochodem, ale te kilkaset kilometrów przejechanych z braćmi o takiej samej zajawce jak twoja zostaną w głowie na zawsze, przynajmniej mojej. Każdy ma jakąś stałą ekipę z którą jeździ, zawsze jest jakiś trzon który jest stały, reszta się dołącza i odłącza, każdy inaczej ten trzon traktuje. Dla nas to nasze stado, wataha, nie wiem w zasadzie jak do tego doszło, że akurat wilki. Dla mnie wilk to zwierzę doskonałe, drapieżnik skończony, idealne dzieło ewolucji. Najwytrwalszy myśliwy, niepoprawny włóczęga, wędrowiec, najbardziej niepokorny i zarazem najbardziej społeczny z mieszkańców lasu. Nie żebyśmy byli jak wilki, tak dobrze nie jest, ale chcielibyśmy być choć w części jak one, albo chociaż móc myśleć tak o sobie. Póki co to jak zabawa w indian za dzieciaka – na chwilę zmieniasz się, zmieniasz cały świat wokół, jesteś wojownikiem, każdy to kiedyś przechodził Z wilkami jest tak że niczego nie robią przypadkiem, działają dobrze tylko wtedy kiedy stado jest w komplecie i każdy spełnia swoją rolę, u nas jest podobnie, każdy ma swoją rolę… Znamy się od wielu lat, poznaliśmy przy okazji pasji samochodowej, potem jakoś to samoistnie przeszło w motocyklową. Możemy na sobie polegać w zasadzie w każdej sytuacji. Jest po prostu „wilczo”!

    Od prawej –
    „Szary Wilk” vel „Mular” – główny tropiciel stada, nie ma rzeczy której On nie znajdzie, czy to wirtualnie czy realnie, jeśli On czegoś nie znajdzie, to znaczy że tego nie ma, nie istnieje.
    „Biały Kieł” vel „TheMbol” – główny mechanik grupy – potrafi naprawić wszystko, zawsze i wszędzie, nawet w szczerym polu, jest niezastąpiony, robi najlepszą cytrynówkę na bimbrze jaką w życiu piłem.
    „Kudłaty Łeb” vel „Boro” – jest od zaopatrzenia, jak On kupuje procenty, to nigdy nie zabraknie, już nawet nikt się nie wcina, jak On mówi że trzeba kupić tyle, to trzeba kupić i koniec.
    „Basior” vel „Seb” – pomysłodawca stada, zajmuję się jedzeniem, gotuję dla stada – dopóki ich karmię to trzymam ich w kupie i nikt nie próbuje mnie wygryźć

    Dla mnie to był koniec tej włóczęgi, do domu jechałem w popadującym śniegu, kilka dni zajęło mi dojście do siebie i powrót do dnia codziennego. Biały dopisze resztę tej opowieści, bo On i Szary postanowili pobawić się trochę w rzece

    Jest już pomysł na kolejną włóczęgę, ale o tym w swoim czasie

    Basior

     

 

 

2 thoughts on “Operacja Kwiecień 2016

  1. Witam
    Podobają mi się Wasze relacje. Mam podobny sposób postrzegania motocyklizmu i sposób myślenia o wyjazdach motocyklowych.
    Sam od zeszłego roku posiadam XT660z Tenere. Zawsze od wielu lat jeździłem z tankbagiem z mapa na nim. Tutaj w tym motocyklu zastosowanie tankbaga jest troszke nierealne. Na kilku zdjeciach zauważyłem że jeden z was w xt660z stosuje podstawę z mapą przymocowana do kierownicy. Przyznam że sam nad tym myslałem ale nie wiedziałem czy to zda egzamin i jak to zrobić. Co to za patent? Jakis komercyjny czy home made? Jak to drugie to z czego i jak to zostało wykonane i jak zamocowane?
    Bedę bardzo wdzięczny za odpowiedź.

    1. Witaj. To mapnik rowerowy z allegro za kilka złotych. Mocowany na rzepy do poprzeczki kierownicy. Spełnia zadanie idealnie. Wpisz w google „mapnik rowerowy” a na pewno go znajdziesz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *